|
Centrum
Aktualności
Czytelnia
Biuletyn
Galeria
Tyflologia
Adresy
Kontakt
Dział Absolwentów
Strona główna
:: tło czarne
:: tło białe
|
Przedruk i kopiowanie materiałów zamieszczonych na stronie wymaga zgody Biura
Centrum
|
|
Biuletyn Centrum Promocji i Kariery
Zawodowej Osób z Dysfunkcją Wzroku
numer 1/2006

Redakcja - Teresa Cwalina
Projekt graficzny i łamanie - Tomasz Wojakowski
Adres redakcji - Centrum Promocji i Kariery Zawodowej Osób z Dysfunkcją
Wzroku
ul. Brzozowa 75, Laski, 05 - 080 Izabelin
Projekt współfinansowany ze środków Unii Europejskiej w
ramach Europejskiego Funduszu Społecznego
Spis treści:
1. O Towarzystwie Opieki nad Ociemniałymi
2. Dział ds. Absolwentów
3. Nowy projekt
4. O Matce Elżbiecie Czackiej
5. O początkach otwartej pomocy dla osób niewidomych
6. Warto mieć zawód
7. Technik masażysta
8. Jeśli chcesz być masażystą
9. Masaż w Laskach
10. Dyplom zdobyłem tak naprawdę jesienią
11. Krajowa Sekcja Niewidomych Masażystów
i Fizjoterapeutów
12. Wystarczy otworzyć oczy
1. O Towarzystwie Opieki nad Ociemniałymi
mówi Prezes Zarządu - Władysław Gołąb
Towarzystwo powstało w 1910 roku. Zostało zarejestrowane 11 maja
1911 roku jako Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi Królestwa Polskiego.
Twórczynią Towarzystwa była Róża Czacka. Grupę założycielską stanowili:
okulista - Bolesław Ryszard Gepner, właściciel ziemski - Antoni
Górski, hr. Wanda z Badenich Krasińska oraz adwokaci przysięgli
- Stanisław Bukowiecki i Aleksander Jackowski. Na pierwszym zebraniu
po rejestracji listę sześciu członków założycieli powiększyły nowo
przyjęte osoby w liczbie 73. Obecnie Towarzystwo liczy 1580 członków.
Nazwę Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi otrzymało już w niepodległej
Polsce, w 1928 roku. Należy pamiętać, że w 1918 roku Matka Czacka
powołała Zgromadzenie Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża i od
tej chwili Towarzystwo i Zgromadzenie współdziałają ze sobą, tworząc
jedno dzieło.
W czasie okupacji Towarzystwo formalnie nie funkcjonowało. Działał
Zakład w Laskach pod nazwą Zakłady dla Niewidomych. Dopiero w 1947
roku stowarzyszenie mogło być reaktywowane i wpisane zostało do
rejestru stowarzyszeń. Dodajmy, że zawsze były to rejestry prowadzone
przez władze administracyjne; dopiero
w 1989 roku - z chwilą uchwalenia nowej ustawy z 7 kwietnia 1989
roku "Prawo o stowarzyszeniach", rejestr przejęły sądy: najpierw
wojewódzkie, a od 2001 roku sądy rejonowe - wydziały gospodarcze.
W 2004 roku nadano Towarzystwu status organizacji pożytku publicznego.
Od początku swej działalności Towarzystwo otaczało osoby niewidome
i ociemniałe wszechstronną opieką w zaspakajaniu ich potrzeb edukacyjno-wychowawczych,
rehabilitacyjnych, socjalnych i religijnych. Najpierw była to opieka
patronacka małej grupy niewidomych w Warszawie, później powstały
Patronaty w innych miastach i założono szkołę. Już od lat dwudziestych
formalnie istniała szkoła powszechna i zawodowa dla niewidomych.
Po drugiej wojnie światowej Laski przeżywały różne ciężkie chwile,
dopiero po odzyskaniu pełnej niepodległości w 1989 roku sytuacja
się zdecydowanie ustabilizowała. Towarzystwo prowadzi dzisiaj:
Dom Małego Dziecka Niewidomego, przedszkole, dwie szkoły podstawowe,
dwa gimnazja i dwie zasadnicze szkoły zawodowe oraz Technikum Masażu
i Technikum dla Niewidomych, kształcące techników informatyków.
Szkoły podstawowe, gimnazja i szkoły zawodowe funkcjonują na dwóch
poziomach: dla niewidomych w normie intelektualnej i z lekkim upośledzeniem
umysłowym. W 2005 roku powstał przy przedszkolu w Laskach dział
wczesnej interwencji, którego zadaniem jest wczesne wspomaganie
rozwoju niewidomego dziecka. Tą działalnością obejmujemy dzieci
od chwili urodzenia aż do pójścia do przedszkola. Wspieramy też
ich rodziców. Uczymy, jak postępować z dzieckiem niewidomym; jak
nie tylko pielęgnować, ale i wychowywać.
Sprawą szalenie ważną, właśnie teraz, kiedy Polska weszła do Unii
i powinna stosować standardy europejskie, jest również to, czego
zresztą Róża Czacka była świadoma tworząc Towarzystwo, osoba niewidoma
ma być człowiekiem użytecznym, czyli musimy czynić wszystko, by
przywrócić niewidomego społeczeństwu. Po to przyjmujemy niewidome
dziecko i obejmujemy programem wczesnego wspomagania rozwoju, działaniami
edukacyjno-wychowawczymi już w przedszkolu, a później na różnych
poziomach w szkole, by weszło w społeczeństwo ludzi widzących i
mogło w nim normalnie funkcjonować.
Musimy też pamiętać, że od czasu odzyskania pełnej niepodległości
w 1989 roku liczba zatrudnionych niewidomych spadła do około 1/3,
przynajmniej połowa z nich "wegetuje". Dodajmy w tym
miejscu jeszcze i tę informację o Towarzystwie, że dla tych osób
niewidomych dorosłych,
którym potrzebna jest specjalna pomoc w codziennym życiu, prowadzimy
dwa domy - dla kobiet w Żułowie i mężczyzn w Niepołomicach.
Większość zawodów, w których dotychczas kształcono niewidomych,
przestała być dzisiaj potrzebna, ponieważ zniesiono wyłączność
pewnych dziedzin działalności gospodarczej w Polsce Ludowej zastrzeżonych
dla osób niepełnosprawnych. Dziś w gospodarce rynkowej obowiązuje
wolna konkurencja, w której niewidomy niestety jest zawsze w gorszej
sytuacji. Wypierany jest przez pracowników widzących i wprowadzane
automaty.
Trzeba szukać nowych form zatrudniania osób niewidomych, określić
nowe kierunki szkolenia zawodowego. Ciągle aktualna jest nauka
masażu. Myślę także, że powinniśmy szkolić w zakresie prostych
prac administracyjnych, wykorzystać znajomość technik komputerowych.
A. Gościmska, M. Żółtowski
Historia działalności Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach
w latach 1961-1976, Laski 2004
A. Niemczykowa, s. Elżbieta Więckowska Świadectwo dokumentów życia
społecznego.
O działalności Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi i Dzieła Lasek,
Warszawa 1993
Z. Wyrzykowska
Historia 50-letniej działalności 1910 - 1960 Towarzystwa Opieki
nad Ociemniałymi w Laskach, Laski 2002
powrót do spisu treści
2. Dział
ds. Absolwentów
Sprawami usamodzielnienia, rehabilitacji
zawodowej i społecznej oraz zatrudniania absolwentów wszystkich
laskowskich szkół zajmuje
się Dział ds. Absolwentów, który podlega bezpośrednio Prezesowi
Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi. W jego kartotekach jest
zarejestrowanych 3000 osób z dysfunkcją wzroku z terenu całego
kraju.
Dział ds. Absolwentów udziela indywidualnej pomocy wychowankom
w bezpośrednim przygotowaniu do wejścia w nowe środowisko (zakłady
pracy, warsztaty terapii zajęciowej, szkoły, wyższe uczelnie,
zakłady opieki). Utrzymuje też kontakty z byłymi wychowankami,
niosąc potrzebną im pomoc.
Pracownicy Działu przekazują również Kierownictwu Ośrodka Szkolno-Wychowawczego
i Warsztatów informacje, wnioski i opinie, pomocne dla prawidłowego
przygotowania absolwentów do wejścia w dorosłe życie.
Dział udziela pomocy również innym niewidomym dorosłym, zgłaszającym
się do Lasek. Prowadzi rehabilitację podstawową świeżo ociemniałych
dorosłych z terenu całej Polski.
Dział ds. Absolwentów gromadzi i udostępnia informacje dotyczące:
- rynku pracy dla osób niewidomych oraz stanowisk pracy dostępnych lub zajmowanych
przez niewidomych,
- metod pracy zawodowej oraz oprzyrządowania stanowisk pracy dla osób niewidomych,
- organów rządowych i samorządowych oraz organizacji pozarządowych działających
na rzecz osób niepełnosprawnych,
- sytuacji prawnej osób niepełnosprawnych - szczególnie w zakresie orzecznictwa
o niepełnosprawności, rent oraz zmian dotyczących zatrudnienia i rehabilitacji
społecznej i zawodowej.
Pracownicy Działu:
- przeprowadzają rozmowy z uczniami, ich rodzicami, wychowawcami i nauczycielami
oraz lekarzem i psychologiem, zbierając niezbędne informacje, aby pomóc uczniowi
w podjęciu prawidłowej decyzji co do jego dalszych losów,
- z upoważnienia dyrektora szkoły hospitują zajęcia praktycznej nauki zawodu,
celem obserwacji pracy i poznania możliwości poszczególnych uczniów,
- uczestniczą w zebraniach rodziców organizowanych przez szkoły,
- na zaproszenie wychowawcy klasy prowadzą godziny wychowawcze na temat prezentacji
zawodowej,
- uczestniczą w zebraniach Rad Pedagogicznych i semestralnych zebraniach internatowych,
- towarzyszą wychowankowi opuszczającemu Laski (kompletowanie niezbędnych dokumentów,
nawiązywanie kontaktu z pracodawcą, szkołą lub inną organizacją, orientacja przestrzenna
w nowym środowisku itp.).
W celu utrzymania kontaktu z byłymi wychowankami, zapewnienia pomocy i zbierania
informacji:
- prowadzi się korespondencję z absolwentami,
- odwiedza absolwentów i poznaje ich środowisko,
- przyjmuje odwiedzających Laski,
- prowadzi i uzupełnia kartotekę absolwentów,
- korzystając z pomocy i współpracy innych działów Ośrodka i Towarzystwa, zapewnia
absolwentom - w miarę rozeznanych potrzeb i możliwości - pomoc materialną, organizacyjną
i inną. Dział odpowiedzialny jest za koordynację pomocy udzielanej przez inne
działy i osoby w Laskach, i innych placówkach Towarzystwa.
W porozumieniu z Ośrodkiem wypełnia szczegółowe zadania związane z pobytem w
Laskach i przygotowaniem ucznia do dorosłego życia:
- rozeznaje możliwości zatrudnienia, szkolenia i rehabilitacji w miejscu zamieszkania
ucznia,
- przeprowadza wywiady środowiskowe i precyzuje wnioski,
- pilotuje sprawy uczniów, którzy z różnych przyczyn przerywają naukę w Laskach.
ad
powrót do spisu treści
3. Nowy projekt Działu ds. Absolwentówprzedstawia koordynator
Centrum - Krystyna Konieczna
W dniu 29 grudnia 2005
r. Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi, reprezentowane przez
Prezesa Zarządu - Władysława Gołąba i Sekretarza
Zarządu - Józefa Plachę,
podpisało z Państwowym Funduszem Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych jako
instytucją wdrażającą, reprezentowaną przez Prezesa Zarządu -
Romana Sroczyńskiego, umowę
o dofinansowanie projektu Centrum Promocji
i Kariery Zawodowej Osób z Dysfunkcją Wzroku w ramach Sektorowego Programu
Operacyjnego Rozwój Zasobów Ludzkich Priorytetu 1 Aktywna polityka rynku pracy
oraz integracji
zawodowej i społecznej Działania 1.4 Integracja zawodowa i społeczna osób niepełnosprawnych
Schematu a) Wsparcie osób o znacznym i umiarkowanym stopniu niepełnosprawności
na otwartym rynku pracy, współfinansowanego z Europejskiego Funduszu Społecznego.
Pomysłodawcą i realizatorem projektu jest Dział ds. Absolwentów. Projekt obejmuje
usługi wspierające przechodzenie osób niepełnosprawnych na otwarty rynek pracy
i dotyczy prowadzenia i rozszerzenia dotychczas realizowanej, statutowej działalności
Towarzystwa, służącej aktywizacji zawodowej osób niepełnosprawnych. Pozwala
na rozwijanie,
unowocześnianie i lepsze dostosowanie do potrzeb osób niepełnosprawnych oferowanych
usług.
Dzięki środkom UE i PFRON możliwa jest rozbudowa struktury Działu, poszerzenie
działalności statutowej Towarzystwa, zatrudnienie wykwalifikowanej kadry, uzupełnienie
sprzętu i wyposażenia na potrzeby realizacji projektu oraz zwiększenie efektywności
działań do rozwijania programów, form i metod pracy służących aktywizacji
zawodowej osób z wadami
wzroku na otwartym rynku pracy.
Realizacja naszego projektu rozpoczęła się 1 stycznia 2006 r. Utworzono Centrum
Promocji i Kariery Zawodowej Osób z Dysfunkcją Wzroku, oferujące poradnictwo
zawodowe, psychologiczne, społeczne i prawne oraz pomoc w poszukiwaniu pracy,
rehabilitację zawodową osobom świeżo ociemniałym, usługi doradcze w miejscu
ich zamieszkania i warsztaty poszukiwania pracy. Centrum wydaje kwartalnik
Biuletyn
Centrum.
Z usług Centrum Promocji i Kariery Osób z Dysfunkcją Wzroku mogą korzystać
osoby o znacznym i umiarkowanym stopniu niepełnosprawności z tytułu wzroku,
które nie
pozostają w zatrudnieniu - zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Centrum służy
osobom z dysfunkcją wzroku z terenu całego kraju.
www.promocjaikariera.pl
powrót do spisu treści
4. O Matce Elżbiecie Czackiej
"Dopiero na sądzie Bożym zobaczymy jasno,
jakimi to drogami Bóg Matkę prowadził i sprawił, że z hrabianki
Róży Czackiej, która
mogła sobie życie wygodnie, niezależnie urządzić, stała się
Służebnicą Krzyża, służebnicą niewidomych. Tak jak zjawienie się
Pana Jezusa, a przez Niego, w Nim i z Nim życie świętych było dziełem
miłości Bożej i zadecydowało o losie tych, którzy ich naśladowali
i którzy
się koło nich skupili, podobnie życie Matki decyduje nie tylko
o jej własnym losie, ale i o nas wszystkich tu obecnych". To
słowa ojca Władysława Korniłowicza wypowiedziane z okazji imienin
Matki Elżbiety Czackiej w Żułowie
w 1942 lub 1943 roku1. Mówił o niej pewien świętości już przebytej
drogi wtedy, kiedy przed nią była jeszcze droga bardzo długa
i bardzo trudna. Próba prześledzenia trasy, którą przewędrowała
Matka
Elżbieta Czacka, musi być naznaczona subiektywnymi wyborami.
Ten, kto zaczyna podążać jej śladami, dostrzega to, co do niego
przemawia
najmocniej. I zawsze będzie to tylko fragment rozległej mapy.
Ona sama, już jako dojrzała i doświadczona wieloma cierpieniami
zakonnica, kilkakrotnie zaczynała spisywać swoje wspomnienia
z czasów dzieciństwa i młodości. Mało w nich konkretnych realiów
i faktów biograficznych, są wyraziste pojedyncze obrazy. Po latach
pomijała wszystko, co uważała za nieistotne. Ponieważ
w swoim życiu dostrzegała dowody nieustannego działania łaski
Bożej, opisywała tylko jego najważniejsze przejawy. Niewiele
więc wiadomo
o hrabiance Róży Czackiej z tego czasu, w którym w zwykłej biograficznej
perspektywie kształtuje się osobowość człowieka2. Urodziła się
22 X 1876 w Białej Cerkwi na Ukrainie jako szósta z siedmiorga
dzieci Feliksa i Zofii z Ledóchowskich. Troje dzieci, w tym najmłodszy
brat, zmarło we wczesnym dzieciństwie. Rodzina Czackich dobrze
zapisała się w tradycji polskiej kultury i polskiego patriotyzmu.
Potomkowie pamiętali o dokonaniach pradziadka, Tadeusza Czackiego,
działacza Komisji Edukacji Narodowej i założyciela Liceum Krzemienieckiego.
Stryjem Róży był zmarły w 1888 roku Włodzimierz Czacki, sekretarz
osobisty Papieża Piusa IX i doradca Leona XIII. Jako dziecko i
młoda dziewczyna była ona blisko związana z ojcem, od niego uczyła
się zasad prowadzenia
dużego gospodarstwa.
W 1882 roku Czaccy na stałe przeprowadzili się do Warszawy i
zamieszkali w pałacu ordynacji Krasińskich (dziś Krakowskie Przedmieście
5),
od razu weszli w środowisko stołecznej arystokracji. Córka otrzymała
domowe, ale bardzo dobre wykształcenie. Grała na fortepianie,
co pogłębiło jej wrażliwość na piękno muzyki. Po blisko dziesięciu
latach Czaccy wprowadzili się do własnego pałacyku przy ul. Nowozielnej
(obecnie Zielna) 49. Latem Róża jeździła do rodzinnych majątków
na Wołyniu. Na zawsze zachowała pamięć urody wiejskiego pejzażu
i miłość do koni, choć to zapewne upadek z konia przy próbie
skoku
przez przeszkodę w 1894 roku przyczynił się do ostatecznej utraty
wzroku. W dzieciństwie była pod ogromnym wpływem babki, Pelagii
z Sapiehów Czackiej,
zmarłej w 1892 roku w Wilanowie. Od niej uczyła się pobożności,
już jako
sześcioletnia dziewczynka czytała jej francuskie tłumaczenie
"O naśladowaniu Jezusa Chrystusa". Ta książka, z której całe
partie
umiała w końcu na pamięć, towarzyszyła jej przez całe życie.
Z lakonicznych wspomnień Matki Elżbiety Czackiej, jakie w latach
trzydziestych
spisał ojciec
Władysław Korniłowicz, wiadomo jednak, że jako dorastająca dziewczyna
bardzo dużo czytała, wszystko, co wpadło jej w ręce. Równocześnie
dorastanie, a potem uczestniczenie w światowym życiu stolicy,
było dla niej czasem pełnym udręk. W 1898 roku, kiedy, jak można
sądzić,
zaczęła już akceptować swoją rolę społeczną i obowiązki towarzyskie,
ostatecznie straciła wzrok3. Doktor Bolesław Gepner, który odradził
dalsze leczenie nie widząc żadnych szans na jakąkolwiek poprawę,
zasugerował jej zajęcie się losem niewidomych, pozbawionych w
Polsce wszelkiej opieki. "Nikt nie może wiedzieć, co przechodziła
dusza
Matki w tej chwili, gdy się to działo. Wiemy jedno, że ten krzyż
jej nie złamał, ale stał się początkiem pełniejszego życia" -
mówił ojciec Korniłowicz w cytowanym wystąpieniu. Na temat następnych
dziesięciu lat jej życia nie wiadomo prawie nic pewnego. Uczyła
się alfabetu brajla i samodzielnego życia z kalectwem. Odbyła
kilka
podróży za granicę, gdzie poznawała nowoczesne metody rehabilitacji
niewidomych, żeby przygotować się do czekających ją zadań.
Osoba tak chłonna i ciekawa świata, zamknięta na pozór we własnym
arystokratycznym środowisku, nie mogła nie być świadoma narastających
problemów końca dziewiętnastego stulecia. Chrześcijanie, jeśli
nie chcieli utracić więzi ze zmieniającą się rzeczywistością,
musieli zmierzyć się z podważającym religijne myślenie racjonalistycznym
sceptycyzmem i pogłębiającym się radykalizmem społecznym. To
właśnie
koniec dziewiętnastego wieku przyniósł wyostrzoną świadomość
problemu ubóstwa i konieczności zmiany stosunku do ubogich. A
także przekonanie, że tradycyjne dzieła dobroczynności mogą tylko
podtrzymywać podział
świata na bogatych i biednych, lepszych, którzy dają, i gorszych,
którym trzeba dać, lub słabszych, którymi trzeba się zaopiekować,
w istocie mogą więc utrwalać elementarną niesprawiedliwość. Niewiele
są w stanie naprawić, bo naprawiać trzeba całe struktury, a ludziom
stwarzać szanse samodzielnego i odpowiedzialnego życia. Kształtujące
się wówczas ideologie, przekonane o nieuchronności przewrotu
społecznego, zmusiły do postawienia sobie od nowa pytań o to,
kim jest drugi
człowiek, szczególnie o stosunek do osób tradycyjnie traktowanych
jako społecznie niepełnowartościowe - do biedaków, dzieci, kalekich,
ale też i ludzi innych kultur i religii. Zmusiły więc do zastanowienia
się nad tym, co tak naprawdę znaczy i co warta jest miłość bliźniego.
Dopiero wtedy zaczął sobie torować drogę do powszechnej świadomości
pogląd, że wszyscy,
których mechanizmy
społeczne spychają na marginesy życia, są takimi samymi ludźmi,
obdarzonymi przez Boga taką samą godnością, a miejsce, które
wydaje się marginalne, w świetle Ewangelii jest miejscem uprzywilejowanym.
To nie przypadek, że w tekstach późniejszej Matki Czackiej spośród
papieskich encyklik występuje chyba tylko "Rerum Novarum", encyklika
społeczna ogłoszona przez Leona XIII w 1891 roku.
Wtedy właśnie w chrześcijaństwie pojawiają się postaci, które
w pełni rozumieją, że jedyną odpowiedzią na radykalizm polityczny,
potęgujący istniejące antagonizmy, może być wcielony w życie
radykalizm
Ewangelii, i wybierają taką drogę. Zdając sobie sprawę z tego,
że ta droga wymaga całkowitej przemiany sposobu myślenia, wyciągają
z Ewangelii wnioski konsekwentne - wydawałoby się, że nie nowe
i oczywiste, a przecież ciągle niepojęte i chętnie traktowane
jako utopijne - żeby przełamać podziały społeczne i żeby komuś
naprawdę pomóc,
nie wystarczy coś mu dać. Ważniejsze jest to, żeby być tam, gdzie
on, i w takich warunkach, jak on. Dzielić się można przede wszystkim
tym, co mamy naprawdę, miłością Pana Jezusa, i z tą miłością
trzeba iść tam, gdzie tlą się ogniska potencjalnych konfliktów.
Bo to
jej przede wszystkim potrzebuje człowiek - każdy człowiek. I
wtedy okazuje się, że biedny i zepchnięty na margines może stawać
się
bogatszy, bo może zrozumieć tę miłość lepiej i przyjąć ją z większą
prostotą (prostota jest jednym z podstawowych pojęć w myśleniu
Matki Czackiej).
Róża Czacka musiała słyszeć, że Adam Chmielowski, znany malarz,
który jeszcze niedawno wystawiał swoje obrazy w warszawskiej
galerii Krywulta, rzucił wszystko i w 1887 roku w Krakowie przyjął
habit
Trzeciego Zakonu św. Franciszka i imię zakonne Brata Alberta.
Wtedy też zamieszkał w ogrzewalni dla bezdomnych. W następnym
roku wydrukował
"Przewodnik do Reguły III Zakonu" i założył zgromadzenie
Albertynów, a po trzech latach zgromadzenie Sióstr Albertynek.
To Brat Albert
powiedział do braci zdanie, które w bardzo podobnej formie pojawi
się po latach w pismach Matki Elżbiety Czackiej: "Jeżeliby cię
zawołano do biedaka, idź natychmiast do niego, choćbyś był w
świętym zachwyceniu, gdyż opuścisz Chrystusa dla Chrystusa"4.
W perspektywie
tamtych lat jeszcze bardziej niezrozumiały musiał być wybór Karola
de Foucauld, starszego od niej zaledwie o lat kilkanaście potomka
arystokratycznej rodziny, który wyświęcony na kapłana w 1901
roku w wieku 43 lat, zaraz
potem wyjechał na pustynię, żeby żyć wśród wyznających islam
koczujących
plemion afrykańskich.
Wydaje się też niemożliwe, żeby już dorosła, wrażliwa dziewczyna
nie wiedziała o tym, co działo się w Warszawie w jej najbliższym
otoczeniu, choć w odległym pewnie środowisku, i żeby nie docierały
do niej gwałtownie próbujące opisać i zmieniać świat teksty jej
rówieśników, przede wszystkim Stanisława Brzozowskiego i Janusza
Korczaka. Ich rozpaczliwe publicystyczne zmagania uprzedzały
o tym, co w końcu musiało wybuchnąć. Pod koniec 1904 roku doszło
do burzliwych wystąpień, które trwały przez kilka kolejnych miesięcy.
Na Placu Grzybowskim 13 listopada 1904 odbyła się pierwsza zorganizowana
przez PPS demonstracja, zakończona interwencją policji i żandarmerii
konnej, było kilkanaście ofiar śmiertelnych i kilkudziesięciu
rannych.
Stamtąd do Zielnej nie było daleko, Róża Czacka na codzienną
mszę świętą chodziła najczęściej do kościoła Wszystkich Świętych,
znajdującego
się właśnie przy Placu Grzybowskim. Brzozowski, wówczas jeden
z najpopularniejszych publicystów i pisarzy, pytał też o miejsce
i możliwość wiary w konfrontacji z narastającymi konfliktami.
Z
upływem lat znalazł dla siebie odpowiedź. To on odkrył dla polskiej
kultury i przetłumaczył podstawowe dzieło Johna Henryego Newmana
"Przyświadczenia wiary", czytane także i przez Matkę Czacką.
Ta książka, poprzedzona obszernym wstępem tłumacza, stała się
jedną
z najważniejszych lektur członków "Kółka" ks. Korniłowicza.
O aktualności myśli Brzozowskiego po latach pisała w "Verbum"
s. Teresa Landy:
"Myśl samotnika, który całe życie dążył do prawdy [
], który
po kolei odrzucał wszystkie sprawdziany zewnętrzne, który miał
męstwo
zerwać ze wszystkim, co nie było prawdą i zostać sam na sam z
Bogiem"5. Autorka w tym tekście, zapewne bezwiednie, posłużyła
się formułą
zaczerpniętą z tytułu wydanej w 1921 roku, ważnej książki Janusza
Korczaka6. Sam Korczak, który jak mało kto ze współczesnych poznał
środowiska stołecznej nędzy i próbował w prasie zdawać z niej
sprawę, w końcu uznał, że aby cokolwiek zmieniać, nie wystarczy
pisać,
trzeba zająć się dziećmi i ratować przynajmniej te, na które
starczy sił. A równocześnie starał się uświadamiać rodzicom i
wychowawcom, jak wrażliwą istotą jest dziecko, żeby więc mogło
się rozwijać, potrzebuje nie tylko troski, ale i szacunku. W
latach trzydziestych Korczak przyjeżdżał do Lasek, niestety niewiele
na
ten temat wiadomo.
W takiej atmosferze społecznej i ideowej niewidoma hrabianka
przygotowywała się do podjęcia swojej służby. Fundamentem tych
przygotowań była
codzienna msza i komunia święta. Były też konkretne działania.
19 listopada 1908 roku odbyło się pierwsze spotkanie paru osób
zainteresowanych sprawą powołania do życia Towarzystwa Opieki
nad Ociemniałymi. Jego statut został ostatecznie zatwierdzony
przez
władze rosyjskie dopiero 11 maja 1911 roku. Znalazł się w nim
zapis o nauczaniu dzieci niewidomych alfabetem brajla w języku
polskim.
Pierwsze walne zebranie zatwierdzonego przez władze carskie Towarzystwa
Opieki nad Ociemniałymi odbyło się 19 XI 1911. W tym czasie Róża
Czacka doprowadziła do otwarcia przy ul. Dzielnej pierwszego
schroniska dla niewidomych dziewcząt pod opieką sióstr miłosierdzia.
Powstawały
kolejne zakłady opiekuńcze. Sama uczyła brajla niewidomych w
schronisku i po domach. Przyczyniła się do uruchomienia zakładu
koszykarskiego
dla niewidomych mężczyzn i Biura Przepisywania Książek, które
dało podstawy do utworzenia biblioteki brajlowskiej. Od początku
przywiązywała
wielką wagę do podnoszenia poziomu wykształcenia i kultury ogólnej.
Zajmując się pracą społeczną nie zaniedbywała obowiązków rodzinnych.
Najpierw pomagała opiekować się chorym na raka ojcem, który umarł
10 VII 1909. Później pielęgnowała chorą na tę samą chorobą matkę,
Zofia Czacka umarła 7 kwietnia 1913. W czasie kolejnej podróży
do Francji w 1910 Róża Czacka nawiązała kontakt z francuskim Zgromadzeniem
Sióstr
Niewidomych
św. Pawła, za ich pośrednictwem poznała Maurice de la Sizerannea,
jednego z twórców nowoczesnej tyflologii, i nawiązała z nim współpracę.
Dzięki tym kontaktom Dzieło Lasek będzie już po wojnie nadążało
za najnowocześniejszymi osiągnięciami w tej dziedzinie, ale także
zapewnią one stałą prenumeratę najważniejszych czasopism z zakresu
tyflologii i odnowy życia religijnego oraz dostęp do nowości
książkowych. Do końca życia Matka Czacka będzie znakomicie zorientowana
w najważniejszych
wydarzeniach życia społecznego i intelektualnego. Towarzystwo
Opieki nad Ociemniałymi, wspierane jej energią, poszerzało swoją
działalność,
dynamicznie rosła liczba jego członków. Rozwijano akcję propagandową,
organizowano kwesty na potrzeby Towarzystwa. Opieką Patronatu
objęto w domach niewidomych i ich rodziny. Wybuch wojny nie przerwał
tej
działalności. W czerwcu 1915 roku, kiedy front był jeszcze daleko
od Warszawy, Róża Czacka wyjechała do Koniuch, majątku brata
Tadeusza na Wołyniu. Latem tego roku, ponieważ front gwałtownie
zaczął przesuwać
się na wschód, Rosjanie zarządzili ewakuację ludności z zagrożonych
terenów. Rodzina Czackich dotarła do Żytomierza, brat postanowił
jechać dalej do swojego majątku Borszcze pod Odessą. Róża została
sama w Żytomierzu ze względu na bliskość kościoła i możliwość
uczestniczenia we mszy świętej. Tam poznała ks. Władysława Krawieckiego
i poddała
się jego kierownictwu duchowemu.
Jesienią 1916, w wieku 40 lat, pod jego kierunkiem Róża Czacka
rozpoczęła nowicjat w III Zakonie św. Franciszka. 19 III 1917
złożyła pierwsze śluby tercjarskie, 15 VIII 1917 śluby wieczyste.
19 XI
1917 otrzymała od biskupa Ignacego Dubowskiego, ordynariusza
Diecezji Łucko-Żytomierskiej, pozwolenie na noszenie habitu zakonnego.
Po mszy świętej w pałacu
biskupim, z rąk ks. Władysława Krawieckiego przyjęła habit
i imię zakonne: siostra Elżbieta od Krzyża. Po latach mówiła:
"W Żytomierzu Miłosierdzie Boże wielkie. W Żytomierzu odrzuciłam
powoli
wszystko"7. Pod koniec 1917 roku do Żytomierza dotarła rewolucja.
Zapanował chaos, przez miasto przetaczały się walki. S. Elżbieta
Czacka w porę sprowadza do Żytomierza brata z rodziną. Borszcze
zostały zniszczone przez zrewoltowanych Kozaków. W maju 1918
roku, jeszcze przed zakończeniem wojny, pociągiem repatriacyjnym
Czaccy
wracają do Warszawy. Wkrótce potem przyjeżdża też ksiądz Krawiecki,
który otacza opieką organizujące się Zgromadzenie. S. Elżbieta
na stałe przenosi się z pałacu Czackich do zakładu Towarzystwa
Opieki nad Ociemniałymi na Polną. Zakład zajmował lokal po byłych
koszarach, jak sama wspominała po latach w rozmowie z siostrami,
był zapchlony i
zapluskwiony.
Zamieszkała tam w warunkach skrajnego ubóstwa.
Po powrocie podejmuje u kardynała Kakowskiego starania o zezwolenie
na noszenie habitu i utworzenie nowego zgromadzenia. Wtedy po
raz pierwszy spotkała pracującego w kurii ks. Korniłowicza. 30
XI 1918
kardynał Kakowski udzielił s. Elżbiecie Czackiej zezwolenia na
rozpoczęcie życia wspólnego, przyjmowanie kandydatek do nowego
zgromadzenia oraz urządzenie w zakładzie na Polnej kaplicy z
Najświętszym Sakramentem. Dzień 1 XII 1918 uznano za datę powstania
Zgromadzenia
Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża. s. Elżbieta Czacka wróciła
z Wołynia
z radykalną wizją nowej formuły zgromadzenia zakonnego w służbie
niewidomym, nawiązującej wprost do tradycji świętego Franciszka.
Ta wizja wyłoniła się z ogromnego daru, jaki otrzymała od Boga,
daleko wykraczającego poza to, co człowiekowi dostępne na drodze
rozumienia czy współodczuwania. Daru przyjmowania osobistego
cierpienia jako największej łaski Bożej. Z perspektywy wielu
lat tak próbował
opisać tę tajemnicę Antoni Marylski: "Matka ani na chwilę nie
wykrzywi swego stosunku do ślepoty, którą pojmuje jako krzyż
dany od Boga,
aby tak jak u niewidomego w Ewangelii sprawy Boże się w niewidomym
objawiały. Te sprawy Boże, to jest najwyższy szczyt i ukryty
cel dobrze przyjętego cierpienia, jakby nadprzyrodzone powołanie
niewidomych,
którzy przez pogłębienie życia wewnętrznego służą innym ludziom,
że cierpienie dla Boga przyjęte jest przezwyciężalne, jest płodne
i dać może radość i pokój, którego wszyscy pragną, a którego
źródła nie widzą. Toteż Matka przyjmuje dla swego zgromadzenia
godło:
ťPokój i radość w KrzyżuŤ"8.
8 XII 1919 w krótkim piśmie dla władz kościelnych s. Elżbieta
Czacka formułowała cel nowego Zgromadzenia: "Głównym celem
naszym jest
wynagradzanie Panu Jezusowi za duchową ślepotę ludzi" 9.
W tym zdaniu zawiera się już decydujące o przyszłym kierunku
rozwoju
całego
Dzieła Matki Elżbiety Czackiej nowe podejście do problemu kalectwa.
Jej pojawienie się po powrocie z Żytomierza na zebraniu Towarzystwa
w habicie wywołało niechętną reakcję, obawiano się zmniejszenia
a nawet cofnięcia dotacji. Ona sama nie wyobrażała sobie, żeby
można było tworzyć Dzieło pomocy niewidomym bez religijnych podstaw,
swoją wiarę uważała za największy skarb, którym może się z nimi
dzielić. W cytowanym piśmie w zadziwiający sposób określiła powód
założenia nowego zgromadzenia zakonnego. Pisała: "Szczęście,
które znalazłam w moim kalectwie, pragnęłam przelać na innych
niewidomych,
do tego potrzeba było osób, które by zrozumiały tę pracę dla
Boga". U podstaw była potrzeba dzielenia się szczęściem,
jakie może dać
dobre przyjęcie kalectwa. Szczęściem, którego sama naprawdę doświadczyła.
Równocześnie miała pełną świadomość trudności związanych z taką
postawą. W 1941 roku opowiadała siostrom: "Niesłychanie trudna
pozycja, bo wielu ludzi będących poza Kościołem garnęło się do
pracy. Katolików bardzo niewielu i rzeczywiście ogromnie pod
tym względem było trudno"10. Była jednak pewna, że sens kalectwa
można
odczytać tylko w świetle Ewangelii. Tu nie było miejsca na sentymentalne
współczucie, była konieczność akceptacji swoich fizycznych ograniczeń.
Uważała, że bez Ewangelii nie jest to w pełni możliwe, bo upośledzenie
zawsze będzie się wydawało niepojętą krzywdą, w której ludzkie
pocieszanie w końcu okaże się niewystarczające.
Ponieważ jej cierpienie, przyjmowane jako łaska, było związane
też z kalectwem fizycznym, Matka Czacka - chyba jako jedna z
pierwszych - odwraca perspektywę i odkrywa możliwość innego rozumienia
kalectwa.
Nie chodzi już tylko o maksymę "niewidomy jako człowiek
użyteczny".
Chodzi o dostrzeżenie, że kalectwo może być pojęciem sięgającym
głębiej niż tylko niepełnosprawność fizyczna, a uświadomienie
sobie, że osoba niepełnosprawna nie jest mniej warta niż osoba
fizycznie
zdrowa, może pomóc tym, które uważają się za zdrowe, odkryć własne
braki duchowe. Z takiego myślenia Matka Czacka wyciągała wnioski
radykalne i zupełnie konkretne - widzieć naprawdę, to znaczy
dostrzegać świat takim, jakim chce go mieć Bóg. Widzieć świat
pozbawiony łaski
Bożej, to znaczy być dotkniętym duchową ślepotą, kalectwem głębszym
niż ślepota fizyczna. Takie rozumienie kalectwa dało podstawy
dla późniejszego Dzieła Lasek, w tej idei osoby niewidome fizycznie
mogą ofiarować swoje cierpienia w intencji przejrzenia osób niewidomych
na duszy. W szerszym wymiarze chodzi też o to, że taka wspólnota,
w której niewidomi
na ciele
lub na duszy (a wszyscy po części tacy są) są dla siebie wzajemnie
darem, może stawać się znakiem dla świata zaślepionego fałszywymi
wartościami i ocenami. Po latach w "Triuno", tekście
zawierającym historię i podstawy ideowe dzieła, Matka Czacka
napisze: "Dążeniem
naszego wychowania niewidomego jest stworzenie nie tylko dzieła
charytatywnego, ale osiągnięcie charakteru apostolskiego w możliwie
najwyższym stopniu, przy czym rozumiemy tutaj nie apostolstwo
głoszenia Prawdy Bożej, do którego ani niewidomi, ani ich wychowawcy
nie
roszczą sobie praw, ale apostolstwo dawania świadectwa tej Prawdzie
przez wprowadzenie jej w życie"11.
20 VII 1920 umarł ks. Władysław Krawiecki, pierwszy kierownik
duchowy s. Elżbiety Czackiej i jej dzieła, spowiednikiem sióstr
i doradcą
w sprawach zgromadzenia i zakładu dla niewidomych został ks.
Władysław Korniłowicz. W maju 1921 Antoni Daszewski ofiarował
s. Elżbiecie
Czackiej 5 morgów nieużytków w Laskach. Zarząd TOnO postanowił
zbudować tam zakład dla niewidomych. W tym samym czasie, w 1921
i 1922 roku s. Elżbieta Czacka przechodzi dwie operacje nowotworowe.
Przed pierwszą operacją w uroczystym akcie złożonym na ręce ks.
Korniłowicza ofiarowała się Bogu na całopalną ofiarę. Podczas
jej pobytu w szpitalu ks. Korniłowicz przyprowadził do niej Antoniego
Marylskiego, który stanie się jej najbliższym współpracownikiem
i przyjacielem.
Marylski tak opisał to spotkanie: "To, co mnie uderzyło i zniewoliło
od razu, dlaczego po paru miesiącach zgłosiłem się jej do pomocy
- to było olśnienie faktem, że może być taka promienna radość
w podwójnym cierpieniu ślepoty i fizycznego bólu"12. Tej radości
nie było w stanie stłumić cierpienie ani codzienne udręki. Po
jej
wyjściu ze szpitala Zarząd TOnO złożył mandaty nie przyjmując
kierunku religijnego proponowanego przez s. Elżbietę Czacką.
14 VII 1922
ukonstytuował się nowy Zarząd z s. Elżbietą Czacką jako prezesem.
Antoni Marylski, skarbnik, otrzymał delegację do prowadzenia
budowy zakładu w Laskach. 15 II 1923 podczas pierwszej Kapituły
Zgromadzenia,
której przewodniczył biskup Stanisław Gall, s. Elżbieta Czacka
została Przełożoną Generalną Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek
Służebnic Krzyża. 25 III 1925 przeniosła się na stałe do budującego
się Zakładu dla Niewidomych w Laskach. 24 XII 1925 poświęcono
kaplicę zakładową.
Budowa Zakładu wiązała się z ogromnymi trudnościami materialnymi
i organizacyjnymi. Warunki życiowe na początku były bardziej niż
skromne, współpracownicy często nie stawali na wysokości
zadania.
A przecież osobowość Matki Elżbiety Czackiej i świadectwo Dzieła
Lasek przyciągały ludzi z najróżniejszych środowisk. Do grona
sióstr i najbliższych współpracowników włączają się członkowie
"Kółka"
prowadzonego dla młodej inteligencji przez ks. Korniłowicza.
Wśród pierwszych sióstr była rzeźbiarka, zmarła jeszcze w nowicjacie
na gruźlicę, s. Katarzyna Zofia Sokołowska. Z "Kółka" wywodziła
się też bliska współpracownica Matki Czackiej i współredaktorka
jej tekstów, s. Teresa Zofia Landy. Ks. Korniłowicz, od 1930 roku
stale mieszkający w Laskach, będzie dbał o czytelność i piękno
laskowskiej liturgii. Wspólnie z Matką wprowadzali do
liturgii odnawiający się chorał gregoriański. Do Dzieła Lasek
została włączona Biblioteka Wiedzy Religijnej oraz wydawnictwo
Verbum publikujące
pod tym samym tytułem kwartalnik poświęcony problemom religijnym,
filozoficznym, społecznym i literackim. Żeby sprostać potrzebom
wielu różnych ludzi trafiających do Lasek, zbudowano w 1933 roku
Dom Rekolekcyjny. Przyjeżdżało tam wiele osób należących do elit
kulturalnych przedwojennej, a potem i powojennej Polski. Dzieło
rozszerzało swoją działalność, podejmowało kolejne działania
i potrzebowało coraz większej ilości osób chętnych do współpracy.
Jedną z istotnych trudności w funkcjonowaniu Zgromadzenia był
brak stabilizacji prawnej - konstytucje zatwierdzano na okres
kilku
lat. Część środowisk kościelnych traktowała Laski z dużą nieufnością.
W latach 1934-1935 odbyła się drobiazgowa i niewolna od niechęci
kontrola wizytatora kurialnego. Zasady współpracy wszystkich
istniejących w Laskach instytucji nie mieściły się w utartych
schematach myślenia.
Na różnych polach, zgodnie z posiadanymi kompetencjami, współdziałali
tu ze sobą ludzie świeccy i siostry ze Zgromadzenia Franciszkanek
Służebnic Krzyża, które powinny być, według założeń Matki Czackiej
przedstawionych w specjalnym memoriale skierowanym do papieża
Piusa XI, przygotowane do podejmowania bardzo różnych zadań w zależności
od bieżących
potrzeb. Cały majątek Lasek był własnością TOnO, Zgromadzenie
pełniło rolę służebną, nie miało żadnych zabezpieczeń materialnych.
U podstaw
funkcjonowania Dzieła było zaufanie założycielki do Opatrzności,
ale i do ludzi, z gotowością na przyjęcie ryzyka, jakie może
się z tym wiązać.
23 czerwca 1937 roku Pius XI przyjął ją na prywatnej audiencji
i błogosławił "tak pięknemu dziełu" 13.
Matka Elżbieta Czacka ogromnie dużo pracowała zajmując się działalnością
formacyjną, wychowawczą i organizacyjną, ale także zwyczajnym
kwestowaniem na potrzeby Zakładu. Przygotowywała, najczęściej
we współpracy z innymi siostrami, teksty dotyczące kształcenia
i wychowania niewidomych oraz organizacji pracy w Laskach. Pisała
regulaminy. Opracowała dostosowane do polskiego systemu ortograficznego
skróty brajlowskie. Prowadziła rekolekcje i wygłaszała konferencje
dla sióstr. Istnieje też jej bardzo obfita korespondencja, zarówno
urzędowa, jak rodzinna i osobista. Zachowało się kilkaset listów
do Antoniego Marylskiego. Matka często pisała korzystając z pomocy
sekretarek, ale listy osobiste pisała sama na czarnodrukowej
maszynie. W latach 1927-1934 na polecenie ojca Korniłowicza zaczęła
spisywać
swoje przemyślenia na temat Dzieła, jego podstaw ideowych i zadań,
na temat Zgromadzenia, a także refleksje najbardziej osobiste.
Wszystkie starannie datowała, dzięki temu wiemy, że bywały okresy,
kiedy wśród nawału innej pracy zapisywała je niemal codziennie.
Zapewne jeszcze przed wojną podzielono
je na dwa zbiory - jeden bardziej osobisty i drugi, związany
z Dziełem. Fragmenty z tego drugiego wybierano, przepisywano
pod
tytułem "Dyrektorium" i dawano do czytania. Siostry notowały
to, co Matka Czacka mówiła podczas wygłaszanych do nich konferencji.
Rozwój Dzieła Lasek przerwała druga wojna światowa. W dniach
17-20 września 1939 na terenie Zakładu toczyła się bitwa, zniszczeniu
uległo 75% budynków. Niemcy pozostawili Zakład opiekujący się
niewidomymi,
pozwalając tylko na nauczanie elementarne i zawodowe. Siostry
pochodzenia żydowskiego musiały szukać schronienia gdzie indziej.
Laski włączyły
się w działalność konspiracyjną, na terenie Zakładu powstała
komórka Armii Krajowej, a w Domu Rekolekcyjnym w 1944 roku szpital
powstańczy.
Matka Czacka, która we wrześniu 1939 była w Warszawie, została
ciężko ranna pod g ruzami posesji na ul. Wolność. Po 3 dniach
tułaczki po bombardowanym mieście, 27 września została poddana
operacji
bez znieczulenia, usunięto jej zmiażdżoną gałkę oczną, złożono
złamane ramię.
Od 1942 roku do końca wojny w Laskach przebywał ks. Stefan Wyszyński,
od dawna z nią zaprzyjaźniony. Ks. Korniłowicz w obawie przed
aresztowaniem zamieszkał w Żułowie, gdzie był drugi dom Zgromadzenia.
Wrócił
w lutym 1945, 26 września 1946 umarł na raka mózgu. Po wojnie
natychmiast przystąpiono od odbudowy Zakładu. Od samego początku
trzeba też
było bronić się przed decyzjami nowych władz, które dążyły do
drastycznego ograniczenia działalności charytatywnej i społecznej
wszelkich
organizacji kościelnych, i zachować tyle, ile w nowych warunkach
było możliwe. Matka Elżbieta Czacka przystąpiła do porządkowania
swoich tekstów, zajęła się opracowywaniem "Dyrektorium", którego
główny zarys ukończyła w 1950 roku. W 1948 roku po wylewie krwi
do mózgu pozostał częściowy paraliż. 10 VI 1950 oficjalnie zrezygnowała
z przełożeństwa, odczytano dekret prymasa Wyszyńskiego o mianowaniu
Przełożoną Generalną s. Benedykty Woyczyńskiej. 12 VI 1950 został
opublikowany "List okólny" Matki Czackiej powiadamiający o rezygnacji
i zapewniający o stałym zainteresowaniu sprawami niewidomych.
Od połowy 1951 roku, po kolejnym załamaniu stanu zdrowia, w pokoju
przylegającym do kaplicy spędziła dziesięć lat ciężko chora,
wyłączona
z czynnego życia, oddana modlitwie. 30 IV 1961 doszło do kolejnego
wylewu i postępującego paraliżu. Matka Elżbieta Czacka umarła
15 maja 1961 w Laskach i została pochowana na miejscowym cmentarzu.
Maria Prussak
Z "Wprowadzenia" do I tomu pism Matki Elżbiety Czackiej, zawierającego
"Notatki", wydanego przez UKSW (2006)
E. Jabłońska-Deptuła Matka Elżbieta Czacka
i Dzieło Lasek, Lublin 2002
s. Jadwiga Stabińska Matka Elżbieta Czacka. Wydanie drugie uzupełnione,
opatrzone Wyborem Pism, [Wydano nakładem Zgromadzenia Sióstr
Franciszkanek Służebnic Krzyża oraz TOnO]
M. Żółtowski
Blask prawdziwego światła. Matka Elżbieta Róża Czacka i jej Dzieło.
Wydanie drugie,
Lublin 2005
1 Tekst przemówienia w "Wspomnienia o Matce Czackiej", maszynopis
powielony, s. 13, AMCz.
2 Najpełniejszą biografię Matli Elżbiety Czackiej zawierają:
M. Żółtowski, "Blask prawdziwego światła. Matka Elżbieta Róża
Czacka i jej Dzieło", Lublin 1999; E. Jabłońska-Deptuła, "Matka
Elżbieta Czacka i Dzieło Lasek", Lublin 2002.
3 "Gdy w końcu zaczęłam się bawić, wtedy straciłam wzrok" - zanotował
ks. Korniłowicz, Opowiadanie Matki zapisane przez O. Korniłowicza,
maszynopis s. 1, AMCz,
4/2a.
4 Cyt. za Ks. K. Michalski, "Brat Albert", Kraków 1946, s. 78.
Por. Notatki, 20 VIII 1927.
5 Silvester, "Stanisława Brzozowskiego drogi do Rzymu", "Verbum"
1935 nr 3, s. 553.
6 J. Korczak, "Sam na sam z Bogiem. Modlitwy tych, którzy się
nie modlą", Warszawa 1922, [książka była postdatowana]; wznowienie
w Bibliotece "Więzi" ze słowem wstępnym ks. J. Twardowskiego,
Warszawa 2005.
7 Opowiadanie Matki zapisane przez O. Korniłowicza, s. 2.
8 "Wspomnienia o Matce Czackiej", maszynopis powielony, s. 32,
AMCz.
9 Maszynopis w AMCz, t. 4, "Notatki biograficzne", 4/7.
10 Z notatek s. Marii Elżbiety Snarskiej po rozmowie z Matką
30 kwietnia 1941, maszynopis w AMCz, t. 4, "Notatki biograficzne",
4/3b.
11 M. E. Czacka, "Triuno", krótsza wersja z 24 stycznia 1936,
w: "Ludzie Lasek", oprac. T. Mazowiecki, Warszawa 2000, s. 530.
12 "Wspomnienia o Matce Czackiej", maszynopis powielony, s. 22,
AMCz.
13 Zob. E. Jabłońska-Deptuła, "Matka Elżbieta Czacka i Dzieło
Lasek", Aneks.
powrót do spisu treści
5. O początkach otwartej pomocy dla osób niewidomych prowadzonej
przez Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi
opowiada Zofia Morawska, która prawie 76 lat temu zaczęła od Patronatu
pracę w Laskach i od 59 lat jest skarbnikiem TOnO.
Zgłaszając
się do pracy w 1930 roku miałam bardzo małe pojęcie o Laskach i
ich specyfice. Wiedziałam nieco o Matce Czackiej, którą
zobaczyłam po raz pierwszy dwa lata wcześniej, w związku z tym,
że wraz z ciotką, Teklą Chłapowską, pojechałam do Lasek, gdzie
wraz z nią uczestniczyłam w spotkaniu w sprawie niewidomego chłopca,
Władka Rubiniaka. Jednak w rozmowie nie brałam udziału. O Laskach
wiedziałam tylko tyle, że jest to zakład dla niewidomych dzieci
i młodzieży. Przyszło mi wtedy na myśl, żeby zgłosić się tu do
pracy. Informowałam się w tej sprawie u mojej krewnej - Ireny Tyszkiewiczowej,
pierwszej osoby związanej z Laskami,
z którą się zetknęłam. Istniała już Biblioteka Wiedzy Religijnej,
którą prowadziła właśnie Irena Tyszkiewiczowa i moja siostra zaangażowała
się do pomocy w tej bibliotece. Dopytywałam się, czy jest taka
praca, której mogłabym się podjąć mieszkając w Warszawie, bo w
tamtym czasie nie było mowy o dojeżdżaniu
do Lasek.
Sądzę, że w tym miejscu mojej relacji, byłoby pożyteczne w kilku
zdaniach wyjaśnić, czym był Patronat i jaka była jego geneza. W
tym celu należy się cofnąć do czasu, kiedy Róża Czacka - przygotowując
się do pracy z niewidomymi -
pojechała do Francji, ten kraj bowiem był prawdopodobnie pierwszym
w świecie, a napewno
w Europie, gdzie podjęto próbę opieki i kształcenia niewidomych.
Te prekursorskie działania miały miejsce już w czasie Wielkiej
Rewolucji Francuskiej, a więc pod koniec XVIII wieku. Już w roku
1784 powstała pierwsza szkoła dla niewidomych w Paryżu. Otrzymała
ona nazwę: Królewski Instytut dla Niewidomych. W czasie Wielkiej
Rewolucji Francuskiej zmieniono tę nazwę na Narodowy Instytut dla
Niewidomych i tak zostało. Działała później we Francji organizacja
o nazwie Association Valantin Hauy pour la bien des Avengles, a
założycielem tej organizacji był gorący katolik - Maurice de La
Sizeranne. Powstała ona w 1888 roku i dzieliła się na trzy komisje:
Komisja Propagandy, Komisja Badań i Nauk oraz Komisja Patronage.
Ta ostatnia zajmowała się opieką nad niewidomymi
w miejscu ich zamieszkania. Stąd pochodzi polska nazwa Patronat.
Przypomnę jeszcze fragment z książki Alberta Mahauta o Stowarzyszeniu
Sizerannea, czytanej Matce przez s. Teresę Landy: "Trzeba zadać
sobie trud, by doskonale poznać tego, komu pragnie się pomóc. Poznać
kim jest, a kim chciałby zostać. Poznać jego aspiracje i możliwości.
Zadanie to uda się nam wypełnić, jeżeli włożymy w nie całą naszą
inteligencję,
wolę, pomysłowość, wreszcie całe serce. Stowarzyszenie nie ma na
celu rozdawać jałmużny. Główną pomocą, jakiej udziela, ma być reedukacja,
dynamizowanie do czynu, budzenie inicjatyw: w pierwszym rzędzie
uczynienie z egzystencji niewidomego użytecznego życia. Praca to
światło niewidomego". I dalej, że zadanie to można wypełnić jedynie
przy pomocy licznych, gorliwych i posiadających odpowiednie kompetencje
przyjaciół. Matka zrozumiała, że potrzeba instytucji, która postawi
w Polsce sprawę opieki nad niewidomymi na poziomie europejskim;
instytucja ta została pomyślana nie jako zakład opiekuńczy, lecz
jako organizacja, która miałaby ogarnąć swym zasięgiem całokształt
sprawy niewidomych od strony teoretycznej i praktycznej.
Po powrocie do Polski Matka Czacka rozpoczęła swą działalność na
rzecz niewidomych. Uczyła ich brajla i robót ręcznych. Miejscem,
gdzie Patronat rozpoczął swą działalność, była Warszawa. Matka
Czacka skupiła wokół siebie grupkę ludzi, którzy odwiedzali niewidomych
w domach.
Po pewnym czasie, od 1929 roku, rozszerzono tę działalność. Zaczęto
wtedy organizować spotkania dla niewidomych w świetlicy mieszczącej
się w biurze Towarzystwa, przy ulicy Wolność 4. Podopieczni, a
było ich wtedy około 100, byli to ludzie, którzy wzrok stracili
na ogół w starszym wieku. Większość z nich nie była zrewalidowana
i nie znała brajla. Te spotkania odbywające się regularnie były
nie tylko rozrywką, choć niekiedy odbywały się nawet tańce, ale
starano się, aby wzbogacały uczestników o pewne wartości duchowe.
Dlatego też organizowano pogadanki i wykłady, a także występy zapraszanych
artystów, aktorów czy śpiewaków, którzy bezinteresownie występowali
dla uczestników tych spotkań. Zawsze też podopieczni dostawali
na nich posiłek. Także regularnie odwiedzano podopiecznych w domach
i w czasie tych odwiedzin służono różnego rodzaju pomocą, np. czytaniem,
sprzątaniem, radą w załatwianiu różnych spraw administracyjnych.
Dwa razy w miesiącu Patronat wydawał paczki żywnościowe dla rodzin
i osób indywidualnych, zawierające mąkę, kaszę, cukier, herbatę,
tłuszcze, a także leki.
Między niewidomymi będącymi pod opieką Patronatu było kilka rodzin
bardzo biednych. W sytuacji, kiedy w rodzinie był niewidomy ojciec,
żona i dzieci - takie wsparcie w postaci paczek było bardzo pożądane
i pożyteczne, zwłaszcza, że odbywało się to regularnie. Można wymienić
jeszcze inne formy działalności Patronatu. Niewidomi mogli bezpłatnie
zasięgnąć porady prawnej i uzyskać pomoc lekarską. Szczególnie
zasłużoną była tu pani dr Franciszka Burska - laryngolog, która
odwiedzała niewidomych w ich domach. Dużym problemem, który Patronat
próbował rozwiązać, były sprawy mieszkaniowe. Niekiedy wobec niemożności
opłacenia czynszu biedni ludzie - wśród nich także niewidomi -
byli eksmitowani. Na Pradze, niedaleko Targowej, był pofabryczny
gmach zwany Polus. Tam, w wielkiej sali podzielonej jakimiś prymitywnymi
przegrodami, często po prostu szmatami, koczowali wyrzuceni z mieszkań
ludzie. Ochotnicy z Patronatu pomagali niewidomym z Polusa znaleźć
mieszkanie. Urządzano także letniska dla niewidomych w Grodzisku
Mazowieckim na małej posesji Towarzystwa.
Nieco później Patronat założył warsztaty przy ulicy Wolność 4.
Dziewczęta uczyły się dziewiarstwa maszynowego, starsze kobiety
przędły na kołowrotkach len dla spółdzielni "Ład". Dla mężczyzn
zorganizowano warsztaty wikliniarskie. Niektórzy z nich mieli widzące
żony i były one zatrudniane przy szyciu bielizny dla wojska, co
także stanowiło pomoc finansową dla rodzin niewidomych.
Kim byli ochotnicy Patronatu? Obecnie takich ludzi nazywa się wolontariuszami.
Tu nawiasem warto wspomnieć, że wolontariat to wcale nie jest wynalazek czasów
współczesnych. Patronat gromadził mężczyzn
i kobiety, którzy mieli potrzebę służyć innym. Część z nich to byli członkowie
organizacji studenckich. Prócz nich panie "z towarzystwa", o wysokim
statusie społecznym i majątkowym, które nie musiały zajmować się ani pracą zawodową,
ani gospodarstwem domowym, mogły więc poświęcić się pracy społecznej. Przykładem
będzie tu pani Katarzyna Branicką z Wilanowa, którą znałam jeszcze z Krakowa,
czy Halina Stefanowska - żona lekarza, który leczył Piłsudskiego i był przyjacielem
Ojca Korniłowicza, Zofia Kurkowska - żona prokuratora i inne.
Tego wszystkiego oczywiście nie wiedziałam, kiedy zaopatrzona w list rekomendacyjny
do siostry Teresy Landy 1 listopada 1930 roku zjawiłam się w Laskach. Był tu
taki zwyczaj, że jeżeli ktoś zjawiał się niezapowiedziany, musiał poczekać w
Kaplicy. Matka Czacka mawiała: "Niech poczeka - to mu nie zaszkodzi". Zwyczaj
oczekiwania na Matkę czy Ojca Korniłowicza był czymś zupełnie naturalnym. Laski
nie miały żadnej rozmównicy, a ponieważ było ciepło, usiadłam na murku przed
kaplicą. Po długiej chwili przyszła do mnie siostra Adela i poinformowała, że
siostra Teresa ma rekolekcje i nie
może mnie przyjąć, a potem zapytała, w jakiej sprawie przychodzę. Usłyszawszy,
że pragnę pracować pomagając niewidomym, zaproponowała mi pracę w Patronacie
ze względu na to, że mieszkałam w Warszawie. Udała się następnie do Matki Czackiej,
aby zawiadomić Ją o mojej sprawie, po chwili wróciła - przekazała mi wiadomość
od Matki. Otóż Matka Czacka sądziła, że najlepiej będzie, abym udała się w najbliższą
niedzielę na
ulicę Wolność, gdzie odbędzie się zwykłe spotkanie
z niewidomymi. To byłby dobry sposób, aby zapoznać się z ewentualną pracą. Tak
też zrobiłam. Siostra Adela opowiadała mi później, że Matka Czacka i pan Marylski
byli ciekawi, czy istotnie zdecyduję się
na tę propozycję. Zgłosiłam się, jak mi zalecono, i byłam zdumiona tym, co zobaczyłam.
Posiadłość przy ulicy Wolność 4 składała się z kilku pofabrycznych budynków,
starych i obdrapanych. W jednym z nich znajdowała się duża sala, w której urządzono
świetlicę, skromnie umeblowaną. Zastałam tam grupę niewidomych i Katarzynę Branicka
prowadzącą zajęcia. Pani Kasia w tym okresie często przebywała w Patronacie,
a w Laskach aż do wojny zajmowała się grupą starszych kobiet, dla których zawsze
miała czas, miłe słowo i uśmiech.
Pierwszą funkcją, jaką mi wyznaczono, było przyprowadzanie niewidomej z ulicy
Wolność na Polną, gdzie mieściło się biuro przepisywania i korekty książek brajlowskich,
czym zajmowali się ochotnicy amatorzy. Później odprowadzałam ją do domu. Była
to osoba miła i inteligentna,
to ona uczyła mnie, jak przeprowadzać niewidomego przez ulicę, plac itp. Pierwszego
dnia mojej pracy przyszłam wcześnie rano, aby zapoznać się z moimi obowiązkami.
Spotkał mnie pan Michał Klimkiewicz, prowadzący wówczas Patronat warszawski.
Był to młody absolwent architektury, właśnie ukończył studia i z ramienia Juventus
Christiana był członkiem Pomocy Bliźniemu. To właśnie on objaśnił mi, co to jest
Patronat, na czym polega jego działalność i wprowadził w pracę.
Już na początku mojej pracy w Patronacie poznałam pana Antoniego Marylskiego,
który był prezesem TOnO od 1937 roku i kierował ogólnie pracą wolontariuszy w
Patronatach. Spotykał się z nimi i wygłaszał dla nich prelekcje na różne tematy
(na przykład o istocie cierpienia). Przed tym niewiele o nim też wiedziałam,
dopiero po pewnym czasie mojej pracy w Laskach, kuzynka związana z Czapskimi
opowiedziała mi o wyprawie Antoniego Marylskiego i Józefa Czapskiego do Petersburga.
Pan Marylski zajmował się nie tylko Patronatem, ale wieloma innymi sprawami w
Laskach. W czasie jednego z niedzielnych świetlicowych spotkań wyraził chęć porozmawiania
ze mną. Zapytał mnie, czy uczęszczam codziennie na Mszę świętą, czy mam spowiednika
(polecił jako spowiednika Ojca Korniłowicza), pytał również, czy czytam książki
religijne oraz dotyczące spraw niewidomych. Byłam osobą świecką, a środowisko,
w którym dotąd żyłam, nigdy się takimi sprawami nie interesowało, więc rozmowa
ta zadziwiła mnie, ale jednocześnie ogromnie ujęła.
W pierwszym okresie dostałam pod opiekę samotną niewidomą. Zaproponował mi to
pan Klimkiewicz, jednak pomysł pracy z tą osobą okazał się nieudany, gdyż moja
podopieczna sprawiała znaczne kłopoty. Zdarzały się jej próby samobójcze, źle
się prowadziła, niekiedy znajdowano ją na ulicy i zabierano do szpitala, chorowała
bowiem na płuca. Udało mi się po wielu staraniach umieścić ją w sanatorium w
Otwocku. Jednak jej pobyt tam nie trwał długo, bo okazało się, że jest w ciąży.
Po kilku dniach musiała wrócić do Warszawy. Na ogół jednak Patronat obejmował
opieką osoby dobrze się prowadzące, nie żebrzące. Mimo to zdarzały się różne
kłopotliwe sytuacje; np. jeden z podopiecznych zaczął bić panią z opieki społecznej,
aż musiała się odgrodzić stołem, ale i w takim trudnym wypadku trzeba było pomóc,
bo rodzina krewkiego podopiecznego była bardzo biedna.
Gdy zaczęłam jeździć po całej Polsce, ostoją Patronatu była pani Lidia Ogurkowa,
a także cała grupa wolontariuszy związanych z Laskami. Trzeba tu wymienić: Zygmunta
Serafinowicza, Witolda Świątkowskiego, Henryka Ruszczyca, Leona Czosnowskiego.
Z nimi wszystkimi stykałam się bezpośrednio, bo chociaż pracowałam w Warszawie,
od czasu do czasu przyjeżdżałam do Lasek. Wszyscy przyjmowali mnie życzliwie
i z uśmiechem, jak w dużej rodzinie. W tamtym okresie pracowników świeckich było
niewielu, wszyscy pracowali bezinteresownie, blisko się znali i to wytworzyło
głębokie więzi.
W całym okresie międzywojennym moja pomoc Laskom ograniczała się do pracy w Patronacie
i pomocy w kweście. Niebawem rozpoczęła się akcja tworzenia nowych oddziałów
Patronatu. Pierwszy powstał w Wilnie. Inicjatywa jego utworzenia wyszła od Wiesławy
Woyczyńskiej, późniejszej Matki Benedykty. Matka Czacka skierowała do Wilna Antoniego
Marylskiego i poleciła mi, abym z nim pojechała. Zebrał się tam zespół pań wywodzących
się ze środowiska Uniwersytetu Stefana Batorego. Wiesława była asystentką na
Wydziale Filozofii, a jej wcześnie zmarły mąż, Benedykt Woyczyński, profesorem.
Z grona tych pań najlepiej pamiętam Ludkę Żebrowską, późniejszą s. M. Antoninę
i Jadwigę Staniewicz -
s. M. Wiktorię, której matkę, wdowę po rektorze uniwersytetu, odwiedzałam w Wilnie.
Patronat w Wilnie działał dla niewidomych podobnie jak w Warszawie. Następnie
przyszła kolej na Poznań. Tu pracą Patronatu kierowała moja stryjeczna siostra
- Józefa z Morawskich Kicińska, która skupiła wokół siebie grupę niepracujących
pań. Opiekowały się one pojedynczymi niewidomymi i ich rodzinami. Wśród nich
bardzo czynna była Maria Mańkowska, która wyszukiwała niewidomych, załatwiała
m. in. sprawy ich dokształcania. Wszystkie niewidome dzieci poznańskie umieszczano
za pośrednictwem gmin w zakładzie dla niewidomych w Bydgoszczy. Był to ustawowy
obowiązek pochodzący jeszcze z okresu zaborów. Praca w Patronacie poznańskim
rozwijała się bardzo pomyślnie. Powstał tu
i działał z powodzeniem jedyny laskowski sklep (usytuowany blisko Placu Wolności).
Sprzedawano tam kosze wiklinowe, galanterię koszykarską, szczotki, wykonywane
przez niewidomych w Laskach.
Kolejny Patronat powstał w Chorzowie dla niewidomych Górnego Śląska. Starsi niewidomi
z tej części Polski byli kształceni jeszcze przed pierwszą wojną światową we
Wrocławiu. Wśród nich był pewien niewidomy - Emil Czogała, który był człowiekiem
bardzo prawym i odznaczającym się wybitną inteligencją. Kiedy dowiedział się
o istnieniu Towarzystwa, przyjechał do Lasek, do Matki Czackiej i zaproponował,
aby Towarzystwo przejęło placówkę na Śląsku. Posiadała ona dom dla niewidomych
w Chorzowie przy ulicy Hajduckiej. Znajdowały się tam warsztaty, można więc było
rozwinąć pracę. Z Lasek zostali wydelegowani nauczyciele: Antonina Kalicianka
i Stefan Rakoczy, którzy uczyli wikliniarstwa i szczotkarstwa, a jeszcze jedna
nauczycielka zajęła się nauczaniem brajla. Cała trójka to byli niewidomi wychowankowie
Lasek. Zorganizowano również pracę chałupniczą. Mieliśmy do dyspozycji samochód
i nasz pracownik rozwoził materiały potrzebne do wyrobu szczotek do mieszkań
niewidomych, a potem zbierał wykonane produkty. Za tę pracę niewidomi otrzymywali
zapłatę na miejscu. Natomiast niewidome dzieci na podstawie porozumienia z wojewodą
śląskim, panem Grażyńskim, kierowane były do Lasek. Raz na miesiąc odbywały się
przy ulicy Hajduckiej spotkania, podobnie jak w Warszawie. Rozpoczynały się one
Mszą świętą, a potem odbywało się spotkanie. Antoni Marylski zawsze w tym uczestniczył
i wygłaszał dla niewidomych przemówienie, poczem miały miejsce indywidualne rozmowy,
podczas których niewidomi mogli uzyskać radę i pomoc w swoich osobistych problemach.
I tu, jak w poprzednich miastach, zebrała się grupa kilku pań, których mężowie
pracowali w przemyśle. Dysponując wolnym czasem często się spotykały i omawiały
bieżące sprawy. W tych spotkaniach uczestniczył również młody człowiek, sekretarz
wojewody - pan Marszałek. Dwa lata przed wojną, w 1937 roku, przyjechały do domu
przy ulicy Hajduckiej siostry z Lasek na czele z siostrą Wacławą Iwaszkiewicz.
One także odbywały wizyty w domach poszczególnych niewidomych.
Często dojeżdżałam na Śląsk sama, bez Antoniego Marylskiego, gdy ważne zajęcia
zatrzymywały go w Laskach. W czasie jednego z moich dłuższych pobytów na Śląsku
udało mi się odwiedzić stu niewidomych
i przeprowadzić z nimi wywiady. Nie miałam z tym trudności, bo środowisko było
sympatyczne, przeważnie górnicy.
Patronat w Chorzowie istniał do wojny, czyli do 1939 roku. Na Śląsk wkroczyli
Niemcy i z konieczności praca została przerwana. Po zakończeniu działań wojennych
Antoni Marylski polecił mi pojechać do Chorzowa, żeby zorientować się, czy jest
możliwość kontynuowania pracy Patronatu. Zastałam tam jedną z naszych dawnych
niewidomych instruktorek, panią Anielę Gordacz, która na wstępie poinformowała
mnie, że miejscowi niewidomi nie chcą już dalej z nami współpracować i zakładają
własny związek. Tak zakończył się epizod śląski.
Istniał jeszcze jeden Patronat w Krakowie, o którym wiemy najmniej. Założycielką
była tu Zofia Kurkowska, która z nami ongiś współpracowała w Warszawie. Jej mąż,
sędzia, został przeniesiony do Krakowa i ona także się tam z nim przeniosła.
Była to osoba cicha, skromna, ale działająca bardzo sprawnie.
Tak powstawały Patronaty. Ich właściwym twórcą był Antoni Marylski. Wkładał w
to bardzo wiele pracy, co miesiąc dojeżdżał do poszczególnych placówek, chociaż,
szczególnie w późniejszym okresie, bardzo źle znosił podróże trzecią klasą pociągu.
W czasie jego wyjazdów Matka Czacka zastępowała go w Laskach. Sama nigdy nie
była w żadnym z Patronatów: ani Wilnie, ani w Chorzowie, ani w Poznaniu. Ufała
panu Marylskiemu całkowicie i była pewna, że każda praca wykonywana przez niego
będzie przeprowadzona porządnie i skutecznie.
Ludzie Lasek Opracował i wstępem
opatrzył T. Mazowiecki, Biblioteka
"WIĘZI" Tom 56, Warszawa 2000
J. Moskwa
Antoni Marylski i Laski, Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków
1987
powrót do spisu treści
6. Warto mieć zawód
Coraz
częściej zauważa się, że stopień wykształcenia społeczeństwa i
konkurencyjność jego siły roboczej zależy głównie od osiągniętego
poziomu wykształcenia ogólnego. Jest to jednak argument dyskusyjny,
nie znajdujący potwierdzenia w doświadczeniach wielu państw europejskich,
które szczególną wagę przywiązują do kształcenia zawodowego,
a jednocześnie ich gospodarka wykazuje cechy konkurencyjności
wobec innych. Wykształcenie zawodowe przeważa w Niemczech (77%
uczących się), w Austrii (77%), w Szwajcarii (69%), na Słowacji
(67%) czy Węgrzech (73%).
Warto zaznaczyć również, że w krajach, w których przywiązuje się
uwagę do kształcenia zawodowego, osiąga się wyższy poziom zatrudnienia
młodzieży, niż w krajach o przewadze kształcenia akademickiego,
takich jak choćby Włochy czy Hiszpania.
Bezrobocie wśród młodych osób wiąże się bowiem ściśle z edukacją,
a przede wszystkim z dobrym przygotowaniem do pracy zawodowej.
Potwierdzają to socjologiczne badania międzynarodowe. W państwach
rozwiniętych gospodarczo najwyższy stopień bezrobocia dotyka obywateli
nie posiadających żadnych kwalifikacji zawodowych. Inne interesujące
badania porównawcze pokazują, że najniższy wskaźnik bezrobocia
wśród młodzieży występuje w tych krajach, w których przygotowują
się oni do pracy w zasadniczych szkołach zawodowych w systemie
przemiennym, czyli jednocześnie pracują i uczą się. Najwyższy poziom
bezrobocia istnieje wśród młodzieży tych państw, w których edukacja
zawodowa jest realizowana jedynie w szkołach maturalnych.
Warto zatem, by zaczęła się odradzać myśl - początek zmian zasygnalizowano
w dokumencie Ministerstwa Edukacji Narodowej "Strategia państwa
dla młodzieży na lata 2003 - 2012" - o wartości kształcenia zawodowego,
zwłaszcza w naszym kraju, bowiem od lat mamy do czynienia ze stereotypem "gorszego" wykształcenia
zawodowego. Przytaczane wyniki badań międzynarodowych mówią jednak
o całkowicie odmiennej kwestii. Warto uczyć się zawodu, ponieważ
rynek pracy (nie tylko rodzimy) pilnie potrzebuje fachowców: dobrze
przygotowanych, doświadczonych, odpowiedzialnych i kreatywnych.
tc
powrót do spisu treści
7. Technik masażysta
Technik masażysta świadczy
- we współpracy z lekarzami i magistrami rehabilitacji - usługi
ściśle związane z realizacją zadań opieki
zdrowotnej, szczególnie z rehabilitacją. Jego zadania zawodowe
można określić następująco:
- wykrywanie i usuwanie zmian chorobowych układu nerwowego, narządów
wewnętrznych, mięśni, stawów i kończyn;
- prowadzenie rehabilitacji leczniczej zabiegami manualnymi za
pomocą najnowszych technik masażu;
- współudział w wykonywaniu kompleksowej rehabilitacji;
- rozpoznanie i ocena stanu pacjenta, u którego prowadzona jest
rehabilitacja;
- prowadzenie działań usprawniających sportowców.
Technik masażysta jest zatrudniany w publicznych i niepublicznych placówkach
zdrowia - szpitalach, klinikach i instytutach, w różnego rodzaju przychodniach
i sanatoriach. Masażyści znajdują miejsce pracy w gabinetach odnowy biologicznej
i gabinetach kosmetycznych oraz w klubach sportowych. Prowadzą też działalność
gospodarczą - prywatne gabinety masażu i praktyka prywatna.
Kształcenie w tym zawodzie oferują:
- Specjalny Ośrodek Szkolno-Wychowawczy dla Młodzieży Niewidomej i Słabowidzącej:
41-500 Chorzów, ul. Hajducka 22; tel./fax (0-32) 241-49-62; www.osw.sląsk.pl
Szkoła Policealna Integracyjna Masażu Leczniczego Nr 2: 30-079 Kraków, ul.
Królewska 86; tel. (0-12) 638-56-61; www.masaz.home.pl
- Ośrodek Szkolno-Wychowawczy dla Dzieci Niewidomych: Laski,
ul. Brzozowa 75, 05-080 Izabelin; tel. (0-22) 752-30-00, fax (0-22) 752-30-09
- Medyczne Studium Zawodowe: 20-090 Lublin, ul. Jaczewskiego 5; tel. (0-81) 747-80-81;
www.msz.lublin.pl
- Ośrodek Szkolno-Wychowawczy dla Dzieci Słabowidzących i Niewidomych: 91-866
Łódź, ul. Dziewanny 24; tel./fax (0-42) 657-78-11 657-79-11; www.blind.edu.pl
- Ośrodek Szkolno - Wychowawczy dla Dzieci Niewidomych: 53-125 Wrocław, ul. Kasztanowa
3a/5; tel./fax (071) 337-25-26; www.oswdn.pl
tc
powrót do spisu treści
8. Jeśli chcesz być masażystą, rozważ...
Zwykło
się traktować zawód masażysty jako "najlepszy dla niewidomych".
Niektórzy podkreślają wagę istotnie bardziej rozwiniętej wrażliwości
osób niewidomych na takie cechy percepcji zmysłowej, jak dotyk,
ciepło, łatwość nadawania znaczenia informacjom zawartym na przykład
w różnych obrazach dotykanych powierzchni. Z drugiej strony -
prawdopodobnie na szczęście już coraz rzadziej - wyrażane jest
przekonanie, że wykonywanie tego zawodu przez osoby niewidome
jest - może poza szczotkarstwem - tym, co niemal wyłącznie mogą
one robić. Tak, czy inaczej, zawód masażysty w jakiś sposób przylgnął
do niewidomych i czasem nawet - będąc osobą niewidomą - można
spotkać się ze zdziwieniem otoczenia z faktu, że się go nie wykonuje.
Chcemy zwrócić uwagę na kilka spraw, które mogą być pomocne osobom
rozważającym możliwość pracy w tym zawodzie; wydaje się jednak,
że ważne byłoby, aby najgłębszy wybór zawodu masażysty dokonał
się gdzieś w głębi serca i wiązał się z tym, co określa się wewnętrzną
motywacją, rozumianą m. in. jako chęć pomocy innym, przekonanie
o tym, że można przeżywać swoje cierpienie dzieląc się z innymi
własnym nastawieniem do choroby, do siebie samego, do szeroko rozumianego
świata.
O co warto więc zapytać siebie dokonując wyboru zawodu masażysty
i co uznać za ważne z punktu widzenia tej decyzji?
Masażyści, skupieni w sekcji niewidomych masażystów, podkreślają
oczywiście fachowość, rozumianą nie tylko jako zbiór praktycznych
umiejętności i konieczny aparat pojęciowy, która każe posługiwać
się znanym wszystkim masażystom językiem (czasem nawet slangiem),
ale też jako umiejętność i gotowość do odpowiadania pacjentowi
na jego proste - wydawałoby się pytania, np. "ile mam kręgów ?",
"co daje masaż?", "co to jest dyskopatia?", "czy w moim wypadku
bardziej wskazany jest masaż, czy gimnastyka ?", "dlaczego
mnie to boli?". Prawdopodobnie niektóre z tych pytań mogą niekiedy
drażnić
- zwłaszcza, gdy tego samego dnia trzeba na nie odpowiedzieć po
raz któryś i pewnie nie ma łatwej recepty na to, co zrobić następnym
razem. Ważne jest jednak, by nie urazić pacjenta odpowiedziami
typu: "jak boli, to znaczy, że się żyje; musi boleć" itd.
Może warto odroczyć wtedy odpowiedź i powiedzieć choćby tak: "odpowiem,
gdy bardziej zorientuję się w pani/pana stanie".
Jeśli rozważasz wybór zawodu masażysty i myślisz o sobie: "jestem
nieśmiały/a, zamknięty/a", nie musi to wcale przekreślać twojego
wyboru. Jeśli zazwyczaj, w codziennym życiu - takim jakie ono jest
- czujesz się na miejscu, masz poczucie bycia raczej partnerem
w większości relacji, w które wchodzisz, czyli jeśli nieśmiałość
czy nieco mniejsza łatwość kontaktu z ludźmi jest bardziej cechą
twojego temperamentu, niż paraliżującym cię stylem życia, to możesz
spokojnie wykonywać zawód masażysty.
Komunikatywność jest raczej umiejętnością rozmowy, a nie przyrodzoną
temperamentalnie ekstrawertywnością wiązaną często z dużą łatwością
mówienia, wchodzenia w relacje, śmiałością, wesołością itd. W takiej
rozmowie akcentuje się bardziej pewną równowagę między mówieniem
a słuchaniem pacjenta, przy uwzględnieniu sposobu, w jaki pacjent
stawia pytania, rozumie swoją sytuację, a także tego, co jeszcze
decyduje powiedzieć ci o sobie. Komunikatywność jest bardziej stylem
porozumiewania się, świadectwem wrażliwości na
sygnały płynące z zachowania i sposobu wypowiadania się przez innych.
Może ona więc być cechą osób, które w potocznym rozumieniu uważane
są za śmiałe i otwarte, jak i tych, które są bardziej wyciszone,
sprawiają wrażenie nieco bardziej wycofanych w kontakcie.
Jeśli myślisz o zawodzie masażysty, warto przyjrzeć się swojej
empatii. Do pewnego stopnia mamy ją wrodzoną, ale też można świadomie
ją rozwijać konfrontując się z odczuciami i myślami innych ludzi,
rezygnując z łatwych ocen na rzecz rozumienia innych osób, czyli
przyjmowania - wcale niekoniecznie zawsze zgadzając się z nimi
- ich sposobu odczuwania, myślenia, postrzegania. Na gruncie relacji
masażysta - pacjent może to owocować współodczuwaniem z pacjentem
jego - szczególnie pewnie psychicznego i egzystencjalnego - bólu,
radości i tego wszystkiego, czego doświadcza się wspólnie w stosunkowo
częstych kontaktach, a do takich przynajmniej przez kilka tygodni
- czasem nawet co jakiś czas - można zaliczyć relację masażysta
- pacjent. Czasem jednak, co podkreślają doświadczeni masażyści,
mimo głębokiej postawy zrozumienia dla pacjenta, ta sama empatia
"podsunie" ci myśli i słowa, które - zachowując pełną akceptację
dla osoby - zakwestionują nieco jej obraz tego, co się z nią dzieje,
postrzegane przez nią przyczyny cierpienia - upatrywane niekiedy
w złośliwości losu, czy obecnym w myśleniu pacjenta, poczuciu skrzywdzenia
i niesprawiedliwości. Pacjent może być wtedy na przykład przekonany,
że cierpi bardziej, niż inni, że w związku z tym różne rzeczy jemu
się należą itd. Chodziłoby tu więc chyba o pewną odwagę masażysty
we wspólnym odkrywaniu z pacjentem, że poprawa stanu somatycznego
jest ważnym, lecz nie jedynym elementem zdrowienia, że niezbędny
jest też jakiś dystans do siebie samego i do tego, co się dzieje;
dystans, który osiąga się m.in. poprzez zdrowe spojrzenie na swoją
sytuację: bez pomniejszania, ale i bez nadawania temu, co się dzieje,
zbyt wielkiego znaczenia; bez szukania winnych za własne cierpienie,
ale i bez nadmiernego obwiniania siebie samego.
Twoja osobista świadomość własnych ograniczeń życiowych - ale i
możliwości - może być ważnym atutem do rozmowy z pacjentem o jego
indywidualnej sytuacji, co wydaje się wcale niemniej ważne, niż
stricte lecznicze efekty masażu.
Zachęcamy również, byś podejmując decyzję o wyborze zawodu masażysty
zapytał/a siebie, jak czujesz się sam/a ze sobą: czy masz zazwyczaj
pewność, co do tego, co robisz; czy zwykle - w różnych sytuacjach
życiowych i zawodowych - czujesz się kompetentny/a i skuteczny/a
w twoim działaniu; czy wierzysz, że to, co robisz, pozwala tobie
samemu/samej w jakiejś mierze realizować się w życiu; czy wierzysz,
że może to mieć znaczenie dla innych ludzi i że możesz im pomóc.
Odpowiedzi na te pytania wydają się ważne z punktu widzenia relacji
masażysta - pacjent. To ty wnosisz w tę relację fachowość, przekonanie
co do tego, co robisz - pomimo, że czasem nie jesteś do końca pewien
efektu; ta wiara powinna towarzyszyć na każdym etapie twojego poszukiwania
najlepiej znanego ci sposobu tej pomocy, co do którego masz aktualnie
przekonanie. Ta wiara jest potrzebna tobie i niezbędna dla pacjenta;
rodzi zaufanie i buduje postawę przezwyciężenia choroby lub nawet
życia z nią na miarę możliwości, jakie pacjent rozpozna w sobie,
gdy nie da jej się w pełni wyeliminować. Zdrowie bowiem, jak podkreśla
Światowa Organizacja Zdrowia WHO, to nie tylko brak choroby, ale
też życie z dolegliwościami, uwzględniające zarówno ograniczenia
i trudności, jak i najpełniej rozpoznane możliwości.
Wiara ta będzie ci potrzebna również po to, byś w niektórych sytuacjach był/a
w relacji z pacjentem tym/tą, który/a "wie lepiej" i nie ulegał/a takim obiegowym
przekonaniom, jak na przykład "im masaż bardziej boli, tym jest skuteczniejszy".
Poza tym pacjent musi czuć się bezpieczny w twoich rękach; jeśli tylko jest to
możliwe, nie powinien odczuć twojej niepewności czy wahania. To nie znaczy, że
nie możesz się mylić, albo że koniecznie właśnie ty masz pomóc temu konkretnemu
pacjentowi. Możesz na przykład pokierować pacjenta do kogoś, kto w twoim poczuciu
potrafi mu pomóc, ale tu też ważne jest przekonanie
co do tego, dlaczego to robisz.
W tym miejscu warto chyba podkreślić rolę szacunku dla samego siebie nawet, a
może zwłaszcza wtedy, gdy musisz uznać, że wyczerpałeś/aś swoje możliwości pomocy
pacjentowi. Kształtuje się on w nas na przestrzeni całego życia w oparciu o to,
jak odbiera nas otoczenie, jak i o to, jaki obraz własnej osoby nosimy w sobie.
Ujawnia się w różnorodny sposób w codziennych sytuacjach; często towarzyszy uczuciu
ogólnego zadowolenia z życia;
wydaje się jednak, że człowiek emocjonalnie dojrzały szanuje siebie również wtedy,
gdy na przykład nie wie wszystkiego i w jakiś sposób uznaje swoją ograniczoność.
Jeśli więc myślisz o zawodzie masażysty, uznaj, że nigdy nie będziesz wiedział
wszystkiego, nawet, jeśli zdobędziesz duże doświadczenie. To może
ci pomóc w zdrowym zdystansowaniu się do tego, co robisz, co wcale nie musi -
a nawet nie powinno - wiązać się z mniejszym zaangażowaniem w dążenie do jak
największego profesjonalizmu.
Gdy rozważasz wybór zawodu masażysty, przekonaj się, czy masz cnotę humoru, który
- nie odbierając powagi - sprawom ważnym dla konkretnych ludzi potrafi uczynić
je nieco mniejszymi, sprawiając
na przykład, że pacjent czasem zaśmieje się sam z siebie czy zwróci uwagę na
"przysypane" niekiedy problemami drobne radości.
Gdy myślisz o zawodzie masażysty, zobacz, czy jesteś ciekaw innych ludzi, świata,
a nawet siebie samego. Ważne byłoby w tym kontekście pytanie o to, czy masz gotowość
do uczenia się: zarówno
do zdobywania stricte fachowej wiedzy, jak i do uczenia się z doświadczeń, czasem
może od pacjentów i innych terapeutów lub choćby
z własnych błędów.
*
Prawdopodobnie sformułowane w tym artykule pytania, jakie możesz zadać samemu
sobie rozważając wybór zawodu masażysty, nie wyczerpują wszystkich; wskazują
jedynie na niektóre aspekty tej decyzji
i od ciebie zależy, czy i które z nich uznasz za ważne. Warto podkreślić, że
są też takie elementy pracy masażysty, na które ty sam/a nie masz wpływu, jednak
dla niektórych pacjentów mają one znaczenie, choćby budowa i siła masażysty,
sposób poruszania się itd. Jednak w tym wypadku - zresztą podobnie jak w wypadku
wcześniej wspomnianych - być może przydatnych z punktu widzenia twojej decyzji
czynników, nie da się powiedzieć, że coś jednoznacznie dyskwalifikuje cię z tego
zawodu. Istotną rolę odgrywa tu twoja decyzja i motywacja, a wtedy sam wypracujesz
sobie i wymyślisz styl, i możliwy dla ciebie zakres pracy w charakterze masażysty.
Być może na niektórych etapach tej drogi będą ci potrzebni inni ludzie, ich doświadczenia,
ich profesjonalizm - myślimy tu nie tylko o innych
masażystach, ale na przykład o psychoterapeutach, czy innych osobach wspomagających
twój rozwój. Ale to ty musisz mieć poczucie kierunku i celu twojej drogi, do
którego oni mogą pomóc ci znaleźć klucz.
Izabela Szwarocka
powrót do spisu treści
9. Masaż w Laskach
Myśl o zawodzie masażysty dla
osoby niewidomej była bliska Matce Czackiej. Zawsze podkreślała
- odwołując się do doświadczeń szkolenia
masażystów na świecie - potrzebę starannego wykształcenia niewidomych
masażystów. "W Japonii, gdzie cała ludność używa masażu - pisała
pod koniec lat 20. XX wieku - fach ten jest zmonopolizowany w
rękach niewidomych do tego stopnia, że wyrazy "niewidomy" i "masażysta"
są synonimami. W innych krajach, w których sprawa niewidomych
jest w pełni rozwoju, niewidomi zajmują się również masażem.
Fach ten daje im przyzwoite utrzymanie. W Paryżu, w Londynie
i w innych dużych miastach otwarte zostały specjalne kursy dla
masażystów. Wykłada się na nich anatomię, fizjologię i inne potrzebne
nauki, dające niewidomym poważne, fachowe przygotowanie. Takie
fachowe przygotowanie nie tylko pozwala masażyście sumiennie
odpowiedzieć wymaganiom klientów, ale jednocześnie pozwala współzawodniczyć
z masażystami widzącymi. Kursy dla masażystów powinny więc być
poważnie traktowane, nie skracane do kilku miesięcy; powinny
obejmować co najmniej trzy lata szkolenia i praktyki.
W krajach, gdzie istnieją kursy masażu dla niewidomych, nie jest
jednak łatwo niewidomemu dostać się na nie, a jeszcze trudniej
otrzymać po skończeniu kursu konieczny do praktyki dyplom. Wielu
warunków potrzeba, by być dopuszczonym na owe kursy. Przede wszystkim
potrzebna jest wrodzona inteligencja, wykształcenie średnie, dobre
i staranne wychowanie, kultura ogólna, uprzejme i miłe zachowanie,
uczciwość, zalety moralne oraz wygląd przyzwoity. Nie mogą być
dopuszczeni kandydaci o odrażającym wyglądzie lub tacy, których
ręce się pocą. Kształcenie masażystów spośród niewidomych nieodpowiednich
przyniosłoby istotną szkodę sprawie niewidomych masażystów, zraziłoby
do nich społeczeństwo i odebrałoby im tę możliwość zarobkowania".
*
Pierwszy w Polsce kurs masażu dla osób niewidomych zorganizowano
w 1947 roku w Laskach. Jego kierowniczką była s. Monika - Zofia
Bohdanowicz; współpracowali z nią s. Katarzyna - Zofia Steinberg,
dr Jan Weremowicz i s. Maria Aniela - Salomea Kozłowska. Ten jednoroczny
kurs ukończyli: Henryk Karolak, Zygmunt Kowalski, Adolf Szyszko,
Stefan Trzpil i Stanisław Wrzeszcz. Towarzystwo pomogło im później
w znalezieniu pracy.
W roku szkolnym 1947/48 i następnych dwóch latach trwał również
w Laskach kurs, któremu nadano nazwę: Skrócona Trzyletnia Szkoła
Masażu Leczniczego i Sportowego. Kierował nim Wacław Józefowicz,
nauczyciel prowadzący na obu kursach praktyczną naukę masażu. Kurs
ukończyło 23 słuchaczy. W latach 1945-1958 pracowało 28 masażystów
- absolwentów Lasek.
W 1982 roku powstało w Laskach Technikum Masażu. Do dzisiaj ukończyło
go i otrzymało tytuł: technik masażysta o specjalności masaż leczniczy
86 osób.
tc
powrót do spisu treści
10. Dyplom zdobyłem tak naprawdę jesienią
O swoim
zawodowym życiu opowiada Krzysztof Szumlas
W maju 2002 roku zdałem maturę w Technikum Masażu w Laskach, miesiąc
później obroniłem dyplom i postanowiłem studiować psychologię.
Nie udało się to na Uniwersytecie Warszawskim, spróbowałem w Szkole
Wyższej Psychologii Społecznej i dziś jestem już na trzecim roku.
Pracuję też jako masażysta w ENEL-MED. Współpracuję również zawodowo
z psychoteraputą - kinezjologiem. Można powiedzieć, że należę do
tych szczęśliwców, którym marzenia się spełniają.
W laskowskim przedszkolu mówiłem wszystkim, że chcę być lekarzem.
Wyobrażałem sobie, że będę chirurgiem. Pewno i dlatego po szkole
podstawowej pozostałem w Laskach, choć mogłem uczyć się w liceum,
w integracji. Wybrałem Technikum Masażu. Tata pochwalił decyzję:
"miej zawód, to ci da kiedyś możliwość robienia tego, co cię interesuje".
Święte słowa - gdybym nie był masażystą, nie byłoby psychologii.
Moje studia i mieszkanie w Warszawie kosztują. Poczułem to mocno
już w pierwszym miesiącu nauki. Zarobiłem 200 złotych. Z pomocą
przyszli moi pierwsi pacjenci, którzy polecali mnie swoim znajomym
i miałem na szczęście coraz więcej pracy.
Tak naprawdę to te pierwsze miesiące to była moja prawdziwa obrona
dyplomu. Miałem szczęście - na początku ktoś polecił mnie memu
późniejszemu pracodawcy. On nie widział przeszkody w tym, że jestem
niewidomy, że świeżo po szkole. Zaproponował etat. W ENEL-MED był
oddział rehabilitacji, wyposażony w nowoczesny sprzęt do fizykoterapii
i kinezyterapii. Prowadzono leczenie wszystkich schorzeń narządu
ruchu, zarówno o charakterze przeciążeniowym, jak i przewlekłym.
Specjalizowano się w leczeniu bólów kręgosłupa. Prowadzono również
korekcję wad postawy oraz terapię uszkodzeń układu nerwowego u
dzieci. Byłem pierwszym masażystą zatrudnionym w tym zespole. Dziś
mam zmienniczkę i oboje mamy pełne ręce roboty.
Ale na to trzeba było ciężko zapracować i przekonać o skuteczności
mego masażu nie tylko pacjentów, ale i kolegów. Tych ostatnich
może zresztą bardziej do tego, że można ze mną współpracować i
jakoś normalnie żyć. Ja uczyłem się poruszać bez laski po gabinecie
i tak przemierzać drogę do recepcji, oni "ćwiczyli się" w postawieniu
na to samo miejsce oliwki czy krzesła... Po 3 miesiącach poczułem,
że jestem przyjęty; toczyliśmy normalne rozmowy. Oswojono się z
moją niepełnosprawnością. Zobaczono, że jest problem, ale można
żyć i pracować; zaadoptować się do warunków świata widzących, dobrze
jeśli ten świat tylko to nam trochę ułatwi. Różne przygody z mego
życia po niewidomemu stawały się teraz anegdotami opowiadanymi
jako dobre kawały...
A pacjentów przybywało - dziś grafik zabiegów do końca jest wypełniony,
ale na początku w ciągu 5 godzin było zaledwie trzy osoby na masaż.
Testowano mnie bez końca, czy wiem, gdzie jest C5 czy C6; chciano,
żebym oglądał zdjęcie radiologiczne i gdy mówiłem, że nie muszę,
wpadano w zachwyt nad moimi rękami, które "widzą"... Wiedziano,
że studiuję i jestem osobą zawodowo kompetentną, ale niemożliwe,
żebym sam żył - bez rodziców czy osób widzących, bo przecież ktoś
mnie musiał ... ubierać (!). Szokujący jest poziom niewiedzy społeczeństwa,
dotyczący funkcjonowania osób niepełnosprawnych. Pewno dlatego
teraz dużo rozmawiam z pacjentami o życiu po niewidomemu.
Ja także musiałem przerobić swoją lekcję niewidzenia. Jestem dojrzalszy
o tę mądrość, która wynika z pogodzenia się z tym, że się nie widzi,
ale że samo niewidzenie człowieka nie ogranicza, albo ogranicza
na tyle, ile siebie on sam ogranicza.
Na psychologię wybrałem się, bo chciałem lepiej rozumieć świat
i siebie. Dziś wiem z psychologii społecznej, że kiedy na przystanku
pytam
o numer nadjeżdżającego autobusu i nikt nie odpowiada, choć wokół
tłum, to efekt rozproszonej odpowiedzialności. Im więcej ludzi,
tym większa pewność, że nikt nie udzieli pomocy... Wybrałem seminarium
poświęcone stereotypom i uprzedzeniom. Interesuje mnie terapia
bólu pewnymi technikami behawioralnymi. Tak psychologia łączy się
z masażem. Chciałbym poszerzyć swoje umiejętności zawodowe, przejść
dobrą szkołę terapii manualnej czy akupunktury... Niestety często
ogranicza się osobom niepełnosprawnym dostęp do takiego szkolenia.
Marzę o wyjeździe za granicę i o dalszej nauce, o zdobywaniu kolejnych
certyfikatów. Chcę zajmować się psychologią i pracować jako masażysta.
To wszystko jest możliwe. Wymaga pracy. Na szczęście mam naturę
górala - zaciskam zęby, jak coś nie wychodzi i i musi pójść. Mój
tata zawsze powtarzał, że trzeba ciężko pracować, by do czegoś
dojść. Ja jeszcze wiem, że ważne jest pozytywne nastawienie. Napewno
uda się zrealizować i to marzenie o studiach gdzieś w świecie.
powrót do spisu treści
11. Krajowa Sekcja Niewidomych Masażystów i Fizjoterapeutów
Od
1955 roku przy Polskim Związku Niewidomych działa sekcja niewidomych
masażystów. Skupia obecnie ponad 300 członków
z terenu całej Polski: techników masażu leczniczego, fizjoterapii
oraz magistrów rehabilitacji i fizjoterapii. Dla potrzeb organizacyjnych
utworzono Sekcje Okręgowe, organizujące własne programy szkoleń,
promocji i ochrony zdrowia.
We wrześniu 2000 r., na konferencji w Paryżu, poświęconej kształceniu
i zatrudnieniu niewidomych w zawodzie masażysty, ogłoszono powstanie
Europejskiego Stowarzyszenia Niewidomych Masażystów i Fizjoterapeutów
Aktivo 2000. KSNM i F niezwłocznie złożyła stosowne dokumenty aplikacyjne
i została przyjęta; od maja 2001 r. do maja 2005 r. pozostawała
w strukturach Stowarzyszenia.
Obecny Zarząd Krajowej Sekcji Niewidomych Masażystów i Fizjoterapeutów
stanowią: Wioletta Sulińska (przewodnicząca), Arkadiusz Obrycki
(zastępca przewodniczącego), Stanisław Kubica (sekretarz), Andrzej
Rzepka (skarbnik) oraz członkowie: Zygmunt Marek Konarzewski i
Jacek Seremak.
Zarząd pracuje od lat nad bardzo ważną dla środowiska niewidzących specjalistów
medycznych kwestią. Konsultuje tworzenie rządowego projektu ustawy o zawodach
medycznych, w której wreszcie ma być wyszczególniony zawód masażysty i określone
kwalifikacje zawodowe, jakimi musi się legitymować osoba wykonująca ten zawód.
Masażysta będzie musiał być wpisany do rejestru zawodów medycznych, który powinien
być utworzony i pracodawca nie będzie mógł zatrudnić osoby, która nie posiada
takiego wpisu. Być może wreszcie nastąpi ostateczne rozwiązanie problemu tzw.
dzikich kursów masażu i nieuczciwej konkurencji. Będzie to też niewątpliwie z
olbrzymią korzyścią dla pacjentów.
*
Oddając do rąk czytelników dwa podwójne numery kwartalnika "Terapia
Fizykalna" (2003, nr 1-2/173-174), pisma poświęconego problematyce
ludzkiej niepełnosprawności, rozpatrywanej w obszarze wiedzy
medycznej, pedagogicznej, psychologicznej, społecznej przypomniała
Małgorzata Czerwińska krótko historię polskiego czasopiśmiennictwa
dla osób niewidomych i miejsce wydawanego przez ponad 40 lat
pisma "Niewidomy Masażysta". Ukazywało się ono jako jeden ze
specjalistycznych dodatków do organu prasowego PZN - "Pochodni".
Było kwartalnym pismem przedrukowym, wydawanym w systemie L.
Braille'a.
Po 1993 roku stało się samodzielnym periodykiem, organem Krajowej
Sekcji Niewidomych Masażystów. Zmieniono też nazwę
na "Terapia Fizykalna" z podtytułem "Niewidomy Masażysta" -
co z jednej strony było wyrazem przemian w zakresie rehabilitacji
medycznej, z drugiej zaś - szacunku dla wieloletniej edytorskiej
tradycji. Publikowano w nim wyłącznie materiały oryginalne, starając
się prezentować najnowsze tendencje, kierunki, metody w zakresie
rehabilitacji medycznej, zwłaszcza w obszarze zawodowych kompetencji
masażystów. Dzięki ścisłej współpracy z Zarządem Krajowej Sekcji
Niewidomych Masażystów i sekcjami okręgowymi,
czasopismo wyczerpująco informowało o różnych przejawach funkcjonowania
środowiska niewidzących specjalistów, zwracając szczególną uwagę
na działalność szkoleniową. Służyło podnoszeniu kwalifikacji, obronie
miejsca niewidzących specjalistów na medycznym rynku pracy oraz
ich integracji społecznej w środowisku zawodowym. Swoje funkcje
wypełniało nie tylko dzięki ciągłemu podnoszeniu poziomu merytorycznego,
ale także rozszerzeniu form wydawniczych, które obejmowały także
wersję w druku zwykłym powiększonym, wersję dźwiękową na kasetach
magnetofonowych oraz zapis cyfrowy na dyskietkach ("Terapia Fizykalna"
1993 - 1998).
Niestety, ten pomyślny rozwój pisma został przerwany z powodów
finansowych pod koniec 1998 roku. Po wydaniu, z dużym opóźnieniem,
dwóch podwójnych numerów za rok 1999-2000 dalsze wydawanie periodyku
zostało bezterminowo zawieszone. Zarząd KSNM nie poprzestawał jednak
w wysiłkach, zmierzających do pozyskania stosownych środków i reaktywowania
periodyku. W 2003 roku udało się wydać wspomniane już dwa podwójne
- i niestety ostatnie - numery czasopisma.
tc
www.masaze.org.pl
powrót do spisu treści
12. Wystarczy otworzyć oczy
Już ponad dwa lata temu rozpoczęły się moje zmagania z chorobą
oczu. Nie wyobrażałem sobie, że jadąc do kliniki w Katowicach,
na planowane dziesięć dni, spędzę tam blisko dwa miesiące. Był
to wstrząs, spotęgowany dziwnym przeczuciem, że już nie wrócę
do pracy, którą opuszczałem przecież z zamiarem powrotu za parę
dni. Szpitalny czas był jednocześnie obietnicą poprawy widzenia,
ale zrozumiałem w pewnym momencie, że lekarze, którzy się mną
opiekowali, nie mogą zapanować nad sytuacją. Z Katowic dostałem
skierowanie do Poznania, gdzie miałem być zdiagnozowany. Wówczas
po raz pierwszy usłyszałem
o chorobie Lebera, polegającej na dziedzicznym zaniku nerwu wzrokowego.
Przewidywany czas oczekiwania na wynik badania - trzy miesiące.
W tym czasie stan wzroku stale się pogarszał. I dlatego jeszcze
kilkakrotnie pojawiłem się w sali szpitalnej, gdzie - eksperymentalnie
trochę - leczono mnie na zapalenie pozagałkowe nerwu wzrokowego.
Po blisko osiemnastu miesiącach dowiedziałem się, że w wyniku defektu
genetycznego jestem obarczony chorobą Lebera, która nie daje lekarzom
- ani mnie - żadnych szans. Może zabrzmi to dziwnie, ale sprawiło
mi to pewną ulgę, bo sytuacja niepewności była dla mnie dużą udręką.
Pocieszające jest to, że opis przebiegu tej choroby daje jednak
- jak się okazało później - nadzieję szczątkowego widzenia przez
całe życie.
Czas do postawienia rzeczywistej diagnozy spędziłem na przygotowaniach
do życia w zupełnej ciemności. Znalazłem osobę, która uczyła mnie
brajla, pojechałem do Bydgoszczy na kurs rehabilitacji podstawowej,
nawiązywałem kontakty z osobami znajdującymi się w podobnej, jak
ja, sytuacji. Wreszcie poprosiłem o pomoc Towarzystwo Opieki nad
Ociemniałymi w Laskach. Każde z tych miejsc i osoby tam spotkane
pokazywały mi, że świat nie skończył się - trwa dalej.
Do czasu, kiedy choroba wyrwała mnie z normalnego życia, byłem
bardzo aktywny zawodowo. Pracowałem w agencji reklamowej na stanowisku
kierownika studia graficznego. Moim zadaniem, oprócz koordynacji
pracy zespołu, było nadzorowanie procesu wydawniczego: od projektu
do druku, kontakt z klientami i firmami współpracującymi oraz oczywiście
praca grafika. Zmiana z tak dużej aktywności na pasywne odliczanie
ilości połkniętych tabletek, spowodowała, że zatraciłem poczucie
własnej wartości, w tym również społecznej.
Wtedy postanowiłem, że nie poddam się temu, co mnie spotkało
i nieśmiało zacząłem wychodzić z domu. Skontaktowałem się z moimi
dawnymi znajomymi, tj. redakcją lokalnej gazety, z którą kiedyś
współpracowałem jako grafik komputerowy. Zacząłem pisać o sytuacji
osób niepełnosprawnych, bo to wszystko niespodziewanie stało się
i moim udziałem. W jednym z artykułów opisałem pracę i zadania,
jakie spełnia Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie. Umówiłem się na
wywiad z dyrektor tej placówki. Pytania spisałem brajlem, odpowiedzi
nagrywałem na dyktafon. Wyposażony w udźwiękowiony komputer mogłem
tekst zapisać i dostarczyć do redakcji. Starałem się, aby poruszane
przeze mnie tematy były interesujące dla osób niepełnosprawnych,
ale zawsze też, aby zwracały uwagę osób zdrowych w kierunku słabszych.
Kolejne artykuły mówiły o moich komunikacyjnych przygodach. Przedstawiciel
firmy, podlegającej pod ustawę o transporcie zbiorowym, zlustrował
kiedyś moją legitymację osoby niepełnosprawnej, przyjrzał mi się
badawczo i stwierdził, że nie wyglądam na osobę niezdolną do samodzielnej
egzystencji, bo przyszedłem do niego sam i jeszcze jestem dziennikarzem...
Tematów było wiele. Ponaglałem opieszałą spółdzielnię mieszkaniową,
aby zamontowała poręcze dla osób starszych i niepełnosprawnych.
Interwencja odniosła skutek. Apelowałem o poprawę przejść dla pieszych,
przy których są skandalicznie wysokie krawędzie, co dla osób na
wózkach jest barierą nie do pokonania. Dopytywałem, co robi referat
rehabilitacji zawodowej i w czym może pomóc niepełnosprawnym mieszkańcom
powiatu.
Ilość spraw, którym poświęcałem uwagę, była duża i jednocześnie
ukazywała skalę potrzeb osób z niepełnosprawnościami. Tak pojawił
się też pomysł, aby skłonić lokalnych przewoźników busów, żeby
dla osób zrzeszonych w Polskim Związku Niewidomych udzielali ulg
w przejazdach. Pojazdy zostały zaopatrzone w specjalnie zaprojektowane
naklejki oraz ukazały się artykuły reklamujące postawę właścicieli
tych firm.
Odważyłem się powiedzieć głośno światu i sobie: otwórz oczy! Zawiązałem
Społeczną Inicjatywę "Otwórz oczy". Miała ona przełamać obojętność
społeczeństwa wobec osób z problemem wzroku oraz podjąć zadania
z zakresu profilaktyki okulistycznej. Temu celowi służyła akcja
"Chroń swoje oczy".
Inicjatywa posiada stronę internetową www.otworzoczy.pl, na której
promuję twórczość osób niepełnosprawnych, umieszczam poradniki,
jak pomagać osobom z problemem wzroku.
To, co robiłem, zaczęło być zauważane przez media. Za ich pośrednictwem
informowałem o tym, co jest w planach Inicjatywy i o kolejnych
akcjach.
Podczas nagrywanego reportażu dla Polskiego Radia spytano mnie,
jak przyjąłem chorobę i skąd teraz czerpię siły. Odpowiedziałem,
że pomocny był stosunek moich przyjaciół, którzy w dramatycznym
dla mnie czasie nie odsunęli się i krzepiła mnie ich modlitwa.
Dziś wiem, jakie znaczenie w tym trudzie spełnia też moja wiara.
Jest wystawiona na olbrzymią próbę. Brak odpowiedzi na pytanie
"Dlaczego ja?" powodował jej zachwianie. Pojawiły się także pytania
o sens cierpienia. Z czasem odkryłem niełatwą myśl o Bożym planie
wobec mnie. Stawiani byli na mojej drodze ludzie, którzy przywracali
mi wartość mnie samego i tego, co robię. W osobliwej scenerii,
bo w sali szpitalnej oddziału okulistyki kliniki w Warszawie, poznałem
moją obecną narzeczoną, a już niebawem żonę. Przyszła jako kurier
z prezentem, znając tylko moje nazwisko i
numer sali, i ujrzała we mnie kogoś, z kim można dzielić przyszłość.
I Monika pozwoliła mi zobaczyć cel mojego życia.
Od tego momentu zacząłem też szukać pracy, bowiem myśląc o założeniu
rodziny nie można tylko żyć działaniami społecznymi. Widziałem,
że zadanie to nie będzie łatwe, jednak rynek pracy w stolicy otwierał
dużo większe możliwości niż niewielkie miasteczko, skąd pochodzę.
Najpierw rozpocząłem od miejsc, gdzie już byłem znany. Zapytałem
także w Laskach, gdzie realizowano projekt finansowany z funduszy
unijnych i potrzebowało specjalisty do spraw związanych z promocją.
Moim atutem było duże doświadczenie w branży reklamy i osiągnięcia
w prowadzeniu Inicjatywy "Otwórz Oczy".
Wróciłem do grafiki komputerowej. Duży monitor, program powiększający
pomógł mi postawić pierwsze kroki w nowej sytuacji. Wykorzystuję
resztki widzenia. Współpracuję z osobą widzącą.
Parafrazując słowa ks. Jana Twardowskiego "Spieszmy się kochać
ludzi, tak szybko odchodzą" - ja mówię: "Spieszmy się czynić dobro,
tak krótko żyjemy".
Tomasz Wojakowski
powrót do spisu treści
Osoby zainteresowane otrzymaniem bezpłatnie naszego kwartalnika
(wersja czarnodrukowa, brajlowska i elektroniczna) proszone są
o zgłoszenie zamówienia.
e - mail: biuro@promocjaikariera.pl. Zamawiający pokrywają koszty
przesyłki.
|